Ostra biegunka

Czwarta nad ranem. Świtało i słowiki grały jak dzikie. Chłodny, wrocławski świt. Koniec lat osiemdziesiątych. Szybki marsz i usłyszałem wykrzyczane zza krzaka ? Stój ! Służba wartownicza.  Co za kretyn! ? pomyślałem. Nie poznaje kolegi z trzeciego roku. Parsknąłem śmiechem. Chyba to usłyszał. ? Stój bo będę strzelał !!! Okrzyk zlał się z charakterystycznym chrzęstem przeładowywanego  AK.

- W dupę sobie strzel ! ? odkrzyczałem.  Przypominając sobie w tym momencie, że właśnie dziś służbę wartowniczą pełnią pierwszy raz chłopaki ze Szkoły Podchorążych Rezerwy. I wszyscy zmechole wiedzą, że jest to ta jedyna noc w roku, kiedy lepiej po godzinie 22 nie wyściubiać nosa z akademika. Zrobiło się dziwnie chłodniej…

Młodzi, nieopierzeni sierżanci marketingu (tut. specjaliści ds. marketingu ? więcej o sierżantach przeczytasz tutaj), zaczynający pracę lub zdobywający pierwsze szlify bywają przeraźliwie spanikowani, realizując swoje projekty. Ta panika, podczas której próbują zabezpieczyć wszystko, wszystkim, a przede wszystkim SIĘ na wszystko (czytaj oczywiście ? wszystko co złe), bywa hamulcowym bardzo wielu projektów. Realizacja prostych zadań marketingowych, opartych przede wszystkim o użycie własnej mózgownicy i zasady prostej logiki, już o uprzejmości nie wspominając ? nie wymaga rozpisywania tego na szczegółowe role. Teraz ten Pan się podrapie, a ta Pani poklepie po plecach. Nieufny marketer dopatrujący się w prostej współpracy z firmami  haczyków i kruczków, może popaść w skrajną biegunkę. Używając koszarowego języka:  mało się z tego wrażenia nie pos ?

Ludzie ! Chillout. Chillout ? Zamieńcie umowy i drobnym druczkiem pisane procedury – na pozytywne relacje z ludźmi, z którymi współpracujecie. Najpierw budujcie relacje, a potem piszcie kontrakty. Twórzcie zaufanie. Wypuśćcie powietrze (napompowanych CMO jest całkiem sporo), obniżcie tak zwany Wskaźnik Poczucia Własnej Zajebistości (PWZ) i zamieńcie go na twórcze rozwiązanie problemów czy innowacyjne zadania. Macie obawy ? Szukajcie planów B, scenariuszy kryzysowych czy możliwych alternatyw. Pewnie jak otworzycie szafę  albo przejrzycie opuchniętą skrzynkę  spam , znajdziecie tam tony propozycji szkoleń i warsztatów miękkich, z zakresu radzenia sobie w stresowych sytuacjach czy działania pod presją. Wykorzystajcie to.

A ! Pewnie chcecie mieć gwarancję sukcesu na 100% ? Idźcie do wróżki. Zapłacicie i ona wam takiej gwarancji udzieli. To chyba jedyna instytucja, która gwarantuje sukces w biznesie.

Spanikowany Marketer biegający po firmie ze spuszczonymi majtkami i  rozwiniętą rolką papieru toaletowego działa destrukcyjnie w każdej firmie. Sierżanci nie panikują. Sierżanci zawsze tym spanikowanym pomagają. Jeśli nie potrafisz psychicznie zapanować nad buzującym projektem marketingowym, zajmij się czymś innym.

Zasadę RWD ( Ratuj Własną Dupę) nazywaną również współczynnikiem KDB ( Krycia Dupy Blachą) czyli nadmierną i przesadną asekurację, czasami do poziomu absurdu,  zamieńcie na budowanie relacji z zarządem, właścicielami oraz inteligentnego przekonywania ich do zrozumienia arkanów marketingu. Chyba, że macie do czynienia z totalnym betonem, kołkiem, trollem lub toksycznym szefem. Wtedy zmieńcie robotę. Beton potrafi kruszyć się latami.

To właśnie właściciele czy zarządzający są Pierwszymi Marketerami. Jeśli  będą uznawać marketing za bzdurne fantasmagorie, głupkowate bajdurzenie, Grupę Niepotrzebnych Kosztów, oszukiwanie ludzi czy panią od folderów i gadżetów obsługującą Dział Handlowy – nie osiągniecie żadnego efektu, w postaci zwiększania wartości firmy dzięki mądrej strategii marketingowej i budowaniu potencjału marek. 

Prawdziwy Sierżant Marketingu, który z niejednego pieca wypiekał markę, ma blizny na plecach po biczowaniu przez firmy badawcze i CEO, potrafi odważyć się na zawieszenie w sali konferencyjnej zarządu firmy hasło MARKETING GŁUPCZE !

Oczywiście, jeden w wariancie nocnym, po uśpieniu czujności ochrony. Inny, podczas najważniejszego w roku spotkania zarządu, rady nadzorczej i głównych udziałowców.

A Ty marketerze? W którym wariancie odważyłbyś się to zrobić ?  

PS. Uspokajam tych zainteresowanych moim zdrowiem. A może nawet życiem. Kolega przeładował broń, ale jak widać, palec mu nie drgnął. Wymieniliśmy uprzejmości. Parafrazując Michała Rusinka ? załączając odpowiednie wyrazy. 

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Mój biznes
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

Ta przeklęta, różowa mysz

W sierpniu 1990r. pewien niemiecki grafik, Thomas Goletz, chciał narysować wesołego kangurka.  Kreska mu nie szła, w związku z tym przeistoczyła się w mysz. Thomas nie miał disneyowskich ambicji, chciał zrobić fajną postać, która osiągnie sukces komercyjny. Udało się. Już w 2003r. sprzedaż Diddla sięgała 150 mln euro rocznie. Dziś należy do jednych z najpopularniejszych postaci zdobiących segment artykułów szkolnych na przykład w Niemczech.

Według danych Tweenga.de pierwsza piątka ?tornistrowo-piórnikowych motywów? to  Gwiezdne Wojny,  Diddl, Tinkerbell, High School Musical i Tweety (Twenga.de, lipiec 2010). Słodki, różowy pyszczek, wielkie uszy i stopy obezwładniają emocjonalnie dziecięce serduszka. I odchudzają portfele ich rodziców.

Któż nie pamięta słodkich oczu Kota w Butach z filmu Shrek, Tweetego z jego słynnym ?wydawało mi się, że widziałem kotecka?, najsłynniejszego psa świata, czyli Snoopiego, bohatera internetu Simon`s Cata, czy chociażby szaleństwo Hello Kitty (kotka, wymyślonego przez japońską firmę Sanrio i zaprojektowanego przez Yuko Shimizu w 1974r). Sam projektant, który nie ma nawet jednego metra kwadratowego własnej fabryki, z tantiemów ze sprzedaży tego anielskiego pyszczka, od 2003r. zarobił ponad miliard dolarów. Hello Kitty pojawia się na ponad 50tys. produktów w ponad 60 krajach. Asortyment produktów sygnowanych HK pojawia się na lalkach, breloczkach, kartkach pocztowych, ubraniach, akcesoriach szkolnych, ręcznikach, okularach, torebkach, tosterach, telewizorach, masażerach, sprzęcie komputerowym, produktach kolekcjonerskich czy  Airbusie A 330? Dobrze zaprojektowana maskotka, potrafi naprawdę podbić świat. Dla jednych jest symbolem kiczu i konsumpcjonizmu. Dla innych, miłym oku, słodkim przedmiotem pożądania. Jeszcze dla innych, źródłem solidnych dochodów czy źródłem zatrudnienia. Model licencjonowania, umożliwia twórcom skoncentrowanie się na tworzeniu i projektowaniu oraz marketingu, ponieważ całość produkcji i dystrybucji jest w zasadzie outsourcowana.

Nie sposób tutaj nie wspomnieć o Georgu Lucasie, który film Gwiezdne Wojny zamienił w poligon doświadczalny licencjonowania (tut. merchandisingu), osiągając o wiele większe przychody ze sprzedaży tychże praw, niż z dystrybucji samego filmu. Ale i rodacy mają swoje osiągnięcia: w czasach, gdy królowali na polskich ekranach Czterej Pancerni i Pies oraz Stawka Większa niż Życie, jak Polska długa i szeroka, zalewani byliśmy lusterkami z Lidką i Marusią, breloczkami z Szarikiem czy pistoletami z Hansem Klossem. Podobno sami aktorzy niewiele z tego mieli, ale niejeden prywaciarz zarobił na garnek ciepłej strawy.

Dziś w każdym sklepie, jesteśmy obezwładniani emocjonalnie maskotkami Euro 2012. A raczej ich całkowitą kiczowatością, nieporadnością i bylejakością. Pomijając już drobiazg, że Sławek i Sławko, zaprojektowany przez Warner Bross jest bliźniaczo podobny do Trixa i Flixa z tej samej stajni, przygotowanych na Euro 2008. Może to jakiś piekielny przypadek ? Koszulki reprezentacji też mamy bliźniaczo podobne do ? rosyjskich i tureckich.   Równocześnie nie lepsze są  oficjalne emblematy EURO 2012. W specyficzny sposób zdobiące dziś wystawiane w sklepach w coraz większym pośpiechu szklanki, podkładki, koszulki, gadżety, notesy, długopisy, breloki czy buty. One również obezwładniają. Kiczowatością. I wszak de gustibus non disputandum est, to w świetle tego jak rozwinął się świat designu oraz licencjonowania przez ostatnie 30 lat, jest wiele różnorodnych wzorców i sporo ciekawych projektantów, z których doświadczeń można było skorzystać.

Polska i Ukraina zainwestowały miliardy w stadiony, drogi, koleje, lotniska czy hotele. Hasło ?Euro? na wielu zaczęło działań niczym kocimiętka na złotego cielca. Ten cały bałagan i cała infrastruktura, zostanie oczywiście na miejscu. Dla niektórych samorządów, z bólem głowy jak zapewnić utrzymanie później niejednemu obiektowi, bez dokładania z lokalnej kiesy.

W światowy konkurs na maskotkę-przytulankę, którą pokochają dzieci fanów futbolu, niewątpliwie ich matki i skrycie tatusiowie, nie zainwestowaliśmy w zasadzie wcale. Coś ważnego dla marki tego wydarzenia, co Laura Ries nazywa Visual Hammer, potraktowaliśmy nonszalancko, po macoszemu i ze swoistą pogardliwością czy wręcz nieprofesjonalnie.

To właśnie owe maskotki powinni zwozić tonami do domów, fani po zakończeniu mistrzostw, a nie chińskie spodki czy gipsowe syrenki z napisem Warszawa. Świetna maskotka godna jest nocnego stolika każdego dziecka. Czy komuś trzeba tłumaczyć jak wielka jest wartość prawdziwej, nocnej przytulanki?

Sztuka marketingu to sztuka również dobrej, komercyjnej estetyki. Nie tylko podobającą się masom, ale również ową estetykę kształtującą.  I być może Diddl, Hello Kitty czy poczciwy Tweety, mogą wydawać się kontrowersyjne, to biją na głowę wszelkiej maści projekty, przy których ich autorom zabrakło pomysłu, warsztatu, doświadczenia albo wszystkich elementów naraz.   Obawiam się, że po zakończeniu mistrzostw, wiele z właśnie wyprodukowanych i wprowadzanych do sprzedaży gadżetów, zalegać będzie magazyny. Głównie dlatego, że bez względu na cenę, nikt ze wspomnianych względów nie będzie chciał ich kupić. Obym się mylił.

PS. Na dobranoc, z cyklu Bajek dla Dorosłych - La Linea, kolejna, genialna w swej prostocie postać, którą wielu jeszcze chyba pamięta.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=1t23TP7XMpA&w=420&h=315]

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Mój biznes
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

Sprzedałam się dla Ciebie

W kasie siedzi młoda dziewczyna. Niedziela. Ma zły dzień. W domu. W pracy. Dostała opieprz dziś już od wszystkich świętych. Po policzkach ciekną jej dwie, grube łzy. I jeszcze kazali jej założyć tę kretyńską kamizelkę. Z napisem dla Ciebie stałam się kasjerką. Nie da się. Musi się rozładować.  Inaczej wybuchnie. Właśnie podchodzi pierwszy klient z wózkiem. Wygląda na prawdziwego debila. Teraz sobie użyjemy!

Człowiek, którego zatrudniasz, nie musi kochać Twoich produktów czy usług. To, co dla Ciebie jest dealem czy pasją życia, dla pracownika jest kolejną pracą. Jedną z wielu, które może wykonywać w karierze. Twoi ludzie mogą nie pamiętać kiedyś, co robili dla Ciebie. To, w jaki sposób ich traktujesz jako szef, będą pamiętali zawsze.

Kluczem do zrozumienia tych procesów, jest  marketing wewnętrzny. Różni specjaliści, różnie na niego mówią. Spotykam marketing personalny, albo  wewnętrzny PR. Bez względu na semantykę, zawsze chodzi o to samo. W 2001r. czyli 11 lat temu prowadziłem we Wrocławiu prezentację pod nazwą Marketing Wewnętrzny czyli siła personelu firmy. Możecie ją obejrzeć w całości tutaj.

Użyłem tam metafory pestki z książki   Pestka oraz filmu z Krystyną Jandą i Danielem Olbrychskim. Zbudowana przenośnia w książce i filmie, dotyczyła przedstawienia życia jako owocu. Przylatują różne ptaki i wydziobują z niego najsmakowitsze kąski. Ale pod miękkim miąższem pozostaje twarda pestka naszych wartości i zasad. Twarda pestka  jest schronem, kanwą i podstawą naszej wewnętrznej etyki. Istotą człowieczeństwa.

Jeśli w każdej firmie, istotą biznesu będzie oszukiwanie klientów z pełną świadomością. Albo celowe wykorzystywanie jego niewiedzy poprzez gwiazdki i kruczki w umowach. Jeśli podstawową formą budowania relacji między ludźmi w firmach,  będzie  wyścig szczurów, albo korporacyjne lizusostwo. Jeśli podstawowe wartości takie jak zaufanie, lojalność, odpowiedzialność, wzajemny szacunek itp. będą łamane i będą niszczyć  ludzką pestkę w firmie, to jakichkolwiek narzędzi użyjemy do budowania marketingu wewnętrznego, będzie to zawsze nieskuteczne. I stanie się klasyczną propagandą. A bez skutecznego marketingu wewnętrznego, nie ma skutecznego marketingu zewnętrznego.  Przykładowo: key accout manager nie będzie budował relacji tylko  odstrzeliwał deale.

Wracając do młodej kasjerki. Wykonuje jedną z najgorzej opłacanych prac w Polsce. Nie cieszącą się szczególną estymą. Jej funkcja w firmie nie jest również specjalnie poważana. Jak by się czuła, mając oparcie dobrego kierownika ? Świetnych koleżanek? Czy  musiałaby zakładać  kamizelkę z groteskowym napisem aby być zadowoloną ze swojej pracy. I przenieść to zadowolenie na obsługiwanego klienta ? Jak wielu nie rozumie prostej zasady ? niezadowolony pracownik zawsze swoje niezadowolenie będzie przenosił na klienta.

Ktoś napisał:  Pracodawca, który to wymyślił, powinien dostać od pracowników koszulkę z napisem ‘Dla Ciebie stałem się idiotą’.

PS. Z dedykacją i podziękowaniem studentom Uniwersytetu  Gdańskiego, z którymi miałem przyjemność podyskutować o etyce marketingu

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Mój biznes
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

Ci szczerzy, napruci Polacy

Prawdziwe rozmowy rodaków, zawsze toczyły się przy wódce. Nie żeby zaraz padać pod stół. Nie żeby zaraz alkoholizm. Ale alkohol był zawsze “eliksirem szczerości” otwierającym niektórym oczy. “Picie z kimś” było też synonimem nawiązywania przyjaźni.

Dziś dynamicznie rozwija się koncepcja baru typu “Przekąski-Zakąski”. Nawiązujących do socjalistycznych wyszynków, ale tak naprawdę mające swe źródła w międzywojennej Polsce. Tworzą się specyficzne miejsca, nad którymi unosi się swoiste echo genius loci.

Na otaczającym nas oceanie hipokryzji, powstają wyspy, na których można szczerze porozmawiać.

To dziś cenne doświadczenie. Bez zbędnych ozdobników i wygód. Win, cygar i pufiastych foteli. Na stojąco. Wódka. Śledź. Tatar. Tanio.

Tu między sobą (głównie panowie) mogą rozwiązywać konflikty. Rozładowywać emocje. Twarzą w twarz. Bez pięści. Bez prawników. Tu właściciele konkurencyjnych firm, podadzą sobie ręce i ustalą proste reguły gry. Tu eurodeputowani rozładują napięta atmosferę. I zwaśnieni kumple, wytłumaczą sobie krótko, zwięźle i na temat, w czym leży problem.

Do roboty Rodacy. Jak nie wzięliśmy ich nadgryzionym jabłkiem, to może da radę świeżym śledziem.
Format gotowy. Nic, tylko podb(p)ijać Europę.

PS. Z dedykacją dla Piotra Bałtroczyka. Genialnego w skeczu “Żarówka”. Obejrzyj! 

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Mój biznes
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

Ci cholerni Polacy

Kiedy Pan Bóg dawał różnym narodom Kluczowe Zdolności, ustawiła się długa kolejka. Amerykanin odszedł z Przebojowością. Japończyk z Honorem i Pilnością. Rosjanin ściskał pod pachą Słowiańską Duszę. Francuz otrzymał Elegancje. Brytyjczyk  - Klasę. Niemiec – Dobre Rzemiosło.  A Włoch ściskał w dłoni  Design.

To obdarzanie narodów zdolnościami chwilę trwało i było nużące dla Pana Boga. Gdzieś między nimi krążył dowcipny Polak , zagadywał wszystkich, poklepywał po ramieniu, całował po rączkach i brylował. Pana Boga to trochę irytowało, bo chciał załatwić sprawę szybko, krótko, aby w spokoju siódmego dnia odpocząć.

Kiedy w końcu doszło do Polaka, Pan Bóg zachichotał i nie obdarzył go jedną, Kluczową Zdolnością. Tylko wszystkimi po trochu. ? I żeby Ci nie było za dobrze ! ? wykrzyczał na pożegnanie ? masz tu jeszcze Malkontenctwo, zebrane z wszystkich pozostałych narodów !

PS. Dedykuję ks. Kazimierzowi Sowie, z serdecznym pozdrowieniem :)  

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Mój biznes
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

Sierżanci marketingu

Patelnia.  Chyba czterdzieści stopni. Środek lata. I środek bezkresnego pola. Mężczyzna w przewiewnym mundurze i przeciwsłonecznych okularach, podwinął rękawy i stanął w rozkroku przed trzydziestoma facetami. Założył ręce za siebie i wykrzyczał. ? Ro..ro..ro..zkaz bojowy! Należy nisz? ni? niszczyć siłą żywą ? siłę żywę ? siłąą ? żywęę..eee? NO ! Na wprost, obok tych rowów me?mlee?mlemio? memjora?memjoracyj? NO! Szpaler podchorążych przebiegł dreszcz. Nie był to dreszcz strachu, a raczej szczególnego rozbawienia. Nikt się nie śmiał. Nigdy, przenigdy nie wolno śmiać się z rozkazu bojowego. Poza tym szczery chichot dorosłych mężczyzn, stojących w pełnym słońcu, w maskach przeciwgazowych i bardzo (podkreślam), bardzo szczelnych ubiorach przeciwchemicznych nie jest śmiechem. I co najważniejsze. Obojętnie co się zdarzy, nie wolno śmiać się z sierżanta, który właśnie próbuje dokonać ukarania niepokornego plutonu, który nie chce się witać z własnym dowódcą kompanii, w stopniu podporucznika.

Znasz film ?Heartbrake Ridge? [1986] z miłą oku kreacją Clinta Eastwooda, grającego rolę doświadczonego sierżanta? Jeśli nie – polecam.  Sierżant, przynajmniej w armii USA, to nie byle kto. Z punktu widzenia formalnego, jest to tzw. NCO non-commisioned officer, żołnierz który nie jest oficerem, prawdopodobnie nim nie zostanie, ale specjalizuje się w określonej dziedzinie. Jedną z ról jaką pełni jest tzw. drill seargant, czyli podoficer prowadzący podstawowe szkolenie żołnierzy i odpowiada za trening, dyscyplinę i porządek. Sierżanci, z racji pełnienia funkcji specjalistycznych, nie awansują pionowo, ale poziomo. Nie zostają generałami. Hierarchia pozioma stopni jest od sierżanta, do sierżanta majora armiiKoncepcja awansów i rozwoju kariery zawodowej sierżanta, moim zdaniem idealnie pasuje do poziomego rozwoju kariery zawodowej specjalisty do spraw marketingu.

Specjalista ds. Marketingu to chyba jedno z najpopularniejszych stanowisk w komórkach marketingu w Polsce. Oznacza  niestety w firmie, zbyt często  kogoś do wszystkiego. Nierzadko, tego wszystkiego co sobie umyśli szef. Lub obowiązków, których nie chcą inne działy firmy. Obdarza się wtedy takimi sierocymi zadaniami specjalistów ds. marketingu. I dodatkowo odpowiedzialością za reklamę. Taki kompetencyjny horror, marketerzy przechodzą nierzadko każdego dnia. Powód jest najczęściej jeden ? całkowita indolencja,  brak zrozumienia i wiedzy, jakie powinien być zakres zadań i odpowiedzialności pracowników tego działu.

Nie każdy jest w stanie czy chce być dyrektorem. Choć wielu jest dyrektorami  z zawodu... Poza tym nie wszyscy ludzie, ze względu na swoje predyspozycje i podejście do życia, nadają się do kierowania innymi. Nie jest to absolutnie żadna ułomność. Niektórzy po prostu nie chcą lub nie potrafią zarządzać. Zresztą dyrektorzy lubią rotować. Z milionów powodów. A solidny specjalista, chce po prostu porządnie i efektywnie wykonywać swoją pracę, odnajdując w niej pokłady własnej satysfakcji.

Dobry specjalista ds. marketingu, to swoisty odpowiednik podobnego specjalisty ? sierżanta armii.  To pracownik rozwijający swoje umiejętności i budujący karierę w wymiarze poziomym, a nie pionowym.  Może rozwijać się w badaniach rynku, reklamie, analityce, e-marketingu, ocenie konkurencji, marketingu wewnętrznym, białym wywiadzie czyli researchu, CSR, public relations czy relacjach z inwestorami.

Jeśli ktoś chce pracować w obszarze marketingu i ma ku temu odpowiednie predyspozycje, na pewno znajdzie specjalistyczny obszar tej szerokiej dziedziny, który będzie go satysfakcjonował. Od zarządzających z kolei zależy, czy stworzą swoim sierżantom marketingu odpowiednie warunki rozwoju: doskonalenia zawodowego, motywacji, rozwoju umiejętności i poziomego awansu.

Jak w każdej armii, gdzie jej solidnym kręgosłupem są świetni sierżanci, tak sierżanci marketingu, specjaliści  - mogą tworzyć silny, merytoryczny kościec organizacji. Zależy to przede wszystkim od szefów rozumiejących  kompetencje marketingu oraz potrafiących stworzyć takim ludziom odpowiednie warunki rozwoju.    

Nieudolny sierżant nie będzie nadawał się do dowodzenia. Nieudolnemu porucznikowi-megalomanowi, na dodatek dręczącemu swoich ludzi, w warunkach bojowych ktoś może strzelić w plecy.  W firmach, w których rotacja w działach marketingu wynosi 6 do 12 miesięcy, warto się zastanowić co jest istotą koncepcji, co się dzieje z procesami marketingowymi oraz czego tak naprawdę się powinno od nich wymagać.  Karuzela personalna zawsze wpływa na firmę oraz jej wyniki.

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Mój biznes
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

HAHEJ – HAłaśliwy HEJter

(nowe pojęcie) HAHEJ – Hałaśliwy Hejter. Nie rozumie wypowiedzi, ale odnosi się do niej agresywnie i wulgarnie. (Zasada : “nie wiem, ale się wypowiem”). Atakuje przede wszyskim personalnie, a nie merytorycznie. Grubianin, który delikatnie zwróconą uwagę, zamieni w stek wulgarnych obelg w odpowiedzi.

HAHEJA – spotkasz na fejsbuku, forach i listach dyskusyjnych. Nie rozumie  haters gonna hate  bo jest po prostu na to zbyt prymitywny. Przypomina trolla wpuszczonego do muzeum w Luwrze.

Jedyną skuteczną receptą na HAHEJA jest jego odstrzelenie. Jakiekolwiek próby wychowania go, są bezskuteczne. Spróbuj wychować taboret.

Nazwę skrajnej i szczególnej odmiany HAHEJA uzyskasz zamieniając literę E w U.

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Mój biznes
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

Te cholerne psy

Spotkanie handlowców. Odzywa się Pierwszy. ? Jesteśmy najlepszą ekipą, prawda ? ? Taaaak ? odzywa się chór głosów. ? Sprzedajemy najlepszą na świecie karmę dla psów ? ? Taaak ? chór buczy ponownie.  ? Mamy najlepsze opakowanie, najlepszą promocję i świetny Dział Marketingu? ? Taaak ? słychać coraz głośniej. ? To wytłumaczcie mi ? Pierwszy zawiesił głos ? dlaczego mamy ostatnie miejsce w branży?! Cisza. ? To te cholerne psy ? słychać cichy głos z tyłu sali – to  te cholerne psy, które nie chcą żreć naszej karmy.

Zainspirował mnie ciekawy artykuł Michała Góreckiego ?Czy fanpage może pisać o dupie Maryni??. Michał porusza w nim kluczowe zagadnienie kontekstu w komunikacji, ale zanim ? to kilka słów wstępu. Przeciętny Polak-Szarak, żyje wydawało by się w całkowitej pogardzie sprzedaży. Wbrew podstawowej zasadzie ?każdy żyje ze sprzedawania czegoś?. O sprzedaży zwykliśmy mawiać z przekąsem, trochę pogardliwie i traktując ją jak przysłowiowe koło u wozu. Oczywiście, nie dotyczy to osób, które po prostu są sprzedawcami. Pomińmy uwarunkowania historyczne (począwszy od pogardy panny Izabelli Łęckiej wobec kupca –  Stanisława Wokulskiego) i religijne (?prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego? ? rozumiany materialnie, a nie duchowo). Sprzedaż kojarzyć się będzie najczęściej z nachalnością, spamem,  niemilknącymi telefonami i mnóstwem propozycji biznesowych, których nie chcemy. Efekt? Wielu ludzi spotykając się dziś po raz pierwszy, poszukuje w tym spotkaniu drugiego (handlowego) dna, a nie jedynie prostej przyjemności wspólnego spędzenia czasu. Ale podobno np. w całym Hollywood nie ma znajomości nie opartych o jakieś wspólne interesy ?

W rzeczywistości, sama ?sprzedaż? nie jest w swej istocie niczym nagannym. To nie ona nas denerwuje, ale raczej sposób, w jaki ktoś próbuje nam coś sprzedać. Szczególnie jest to irytujące, jeśli okazuje się, że świeżo poznani ciekawi znajomi okazują się przedstawicielami jakiejś firmy sprzedaży bezpośredniej. I przestają być fajni, kiedy nic od nich nie chcemy kupić. Powtarzam, sama sprzedaż nie jest zła ? każdy żyje ze sprzedawania czegoś. Złe jest uprzedmiotowienie człowieka w procesie sprzedaży.

Ze sprzedażą jest trochę tak jak z molestowaniem seksualnym. Jeżeli umizgi kolegi z pracy do koleżanki z pracy, będą jej całkowicie niemiłe ? zdecydowanie będzie to molestowanie seksualne. Jeżeli jednak ta od dawna marzyła, aby tenże kolega się nią zainteresował, mówimy o klasycznej adoracji.

Dziś każdy zarządzający marką, chce osiągnąć właśnie taki cel. Zdobycie ?zainteresowania i chęci? klienta i utrzymanie jej. A nie nachalne narzucanie się, które pachnie na milę produktowym molestowaniem i orką mózgu nachalnymi działaniami reklamowymi. Coraz częściej marketerzy przekonują się, że model wciskania wszystkim wszystkiego przestaje działać i już nie jest efektywny. Oczywiście, że nie dotyczy to wszystkich firm.  Ale to temat na inną notkę.

Po co komu w związku z tym ?społeczności?? Oczywiście, są firmy, które odkryły w nich swoistego Świętego Graala i potrafiły stworzyć modele bezpośredniego zarabiania na nich dodatkowych pieniędzy. Prochu zresztą pod tym względem nie wymyśliły, rozszerzyły jedynie istniejące kanały e-commerce lub dedykowały go wyłącznie temu kanałowi dystrybucji. Nic szczególnego. Problem jest z inną grupą firm. Próbujących budować relacje ze swoimi fanami.

Tych pierwszych, jest stosunkowo łatwo ?opomiarować?, prowadzić analizy ilości lajków, udostępnień, ilości i wartości zakupów, wejść przez FB itp. Ale jak mierzyć wartościowe dyskusje, pomysły produktowe, dedykowane serie, wspólne projekty wyłącznie dla fanów itp.

Moim zdaniem mamy tu do czynienia z dwoma zasadniczymi podejściami. W pierwszym przypadku, administrator fanpagea poszukuje jedynie skutecznych metod podtrzymania zainteresowania (koncentracja na ilości fanów, wskaźnikach zaangażowania, lajkach i udostępnieniach). Tutaj królują agencje, które wszechstronnym wachlarzem narzędzi, owo zainteresowanie próbuje pobudzić i utrzymać. I za to jest rozliczana. W drugim modelu, kluczowe znaczenie mają elementy jakościowe. A te są trudne do pomiaru. Osobiście, wolę mieć 1.000 fanów, którzy będą wskazywać mi (mądrze) problemy z moją ofertą na rynku, wrzucać swoje wrażenia z obsługi, podrzucać pomysły na usprawnienia czy wymyślać nowe kampanie reklamowe. Wydaje się to lepsze, niż 10.000 fanów, będących jedynie ?cyfrą? i angażujących się jedynie, gdy poczują zapach darmowej koszulki, zostaną sprowokowani byle fotką czy rozśmieszymy ich dowcipem o poranku.

Dzięki relacjom z fanami, mogę lepiej analizować i racjonalizować mój model biznesu i wewnętrzne procesy. A to nie ma bezpośredniego związku ze sprzedażą.

Administrator fanpage w tym drugim przypadku, może przyjąć różne role ? konsultanta, powiernika, przewodnika. Nie wspomnę już (o tak wydawało by się egzotycznych rozwiązaniach) jak fanpage prowadzony przez konkurentów ( w imię jakiejś akcji społecznej) czy istniejących w łańcuchu komplementarnych usług czy produktów. Kluczem to tego, co trafnie zdefiniował Michał, jest właśnie content, dopasowany do profilu użytkownika.

I tutaj pojawia się kluczowa ?zagwozdka?. Tak naprawdę nie wiemy do końca, kim jest nasz fan. Mamy jedynie podstawowe dane dotyczące płci, wieku, miejscowości itp. Zakładając wiarygodność tych danych, nadal mało wiemy o preferencjach. I tutaj wydają się mieć przewagę profile, które skoncentrowane są na contencie, a nie bezpośrednio na marce.  Może warto zainteresować się metodologią badań etnograficznych na FB? Mamy przerażającą liczbę profili, które nazwały się w bardzo wyszukany sposób, ?złowiły? sto tysięcy fanów i ? zamarły. Mamy profil typu ?Kapitan Tadeusz Wrona?, który miał prawie 60k fanów, a teraz 36,5k. I którym nie zainteresował się w zasadzie nikt i nie zamienił go w ciekawy profil o lotnictwie.

Celem profili ostatniego rodzaju, nigdy nie będzie sprzedaż. Ale zbudowanie relacji i dzięki temu, przełożenie jej na inne wartości. Dlatego, że firmy ?nastrajając?  się w coraz większym stopniu na budowanie własnej wartości, wiedzą że sprzedaż jest jednym z jej elementów. Ważnym i zasadniczym, ale nie jedynym.  Między innymi właśnie dlatego np. marki znanych aut organizują zamknięte pokazy wyłącznie dla swoich fanów, prosząc ich o wyrażanie swojej opinii. Mając pełną świadomość, że cena auta przekracza możliwości finansowe prawie każdego z nich. I pewnie nikt z tej grupy nie kupi sobie tej marki i pozostanie ona w sferze ich marzeń. Ale dzięki temu, że oni są ?freak? firma zdobywa bezcenną wiedzę i wskazówki.

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Mój biznes
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

Majonez Babci Reginy

Pchał przed sobą ciężki, wypełniony słojami wózek. Spocony dotarł do bramy domu i zakołatał. ? Pani Smith ! Pani Smith ! Mam coś nowego dla Pani! ? słowa zachrzęściły twardym, niemieckim akcentem. ? To znowu Ty, Henry ? Masz tym razem coś specjalnego? ? Oczywiście ! Proszę spróbować tego sosu pomidorowego. To moja specjalna, autorska receptura ! ? O, świetnie ! Ile kosztuje. ? Dziś to prezent dla Pani. Niech Pani zaprosi jeszcze te dwie przemiłe sąsiadki, jeśli będzie Wam smakował to będę szczęśliwy. Pojawię się za kilka dni! Henry pomachał na pożegnanie i  ruszył wózkiem dalej. Tak zaczynał Heinz ? twórca chyba najbardziej znanego ketchupu na świecie.

Bardzo lubię filmy opowiadające historie biznesowe. Ich schemat bywa nierzadko podobny. Duża firma, produkuje coś wiele lat, nagle ktoś chce ich kupić, bo znalazła się w kłopotach. Kupujący to oczywiście czarny charakter, zły biznesmen albo krwiożerczy fundusz inwestycyjny. Oczywiście pojawia się indywidualista, który charyzmatycznie przekonuje do dokonania zmian, wymyśla kultowy produkt, zdobywa rynek i odnosi sukces. Na koniec dobro zostaje nagrodzone, a zło ukarane. Piękne i słodkie.

Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych, polski rynek uległ maksymalnemu otwarciu, takich firm było tysiące. Nagle ich pracownicy zostali uświadomieni, że ich ciężka praca nie przekładała się na produkty czy usługi, które pożąda rynek. Równie nagle, pojawiła się konkurencja, której albo wcześniej nie było, albo nie miała szczególnego znaczenia. Takie historie portretował między innymi Filip Bajon w ?Lepiej być piękną i bogatą? z Adrianną Biedrzyńską w roli głównej.  A śmierć socjalistycznych marek i ogórków spreewaldzkich –  obejrzysz w komedii “Good Bye Lenin”.  Przez pierwsze dziesięć ? piętnaście lat, na rodzimy rynek, bez szczególnego oporu, walki, nieomalże jak w masło, weszły międzynarodowe marki koncernów z całej Europy. Kolorowymi opakowaniami, masową reklamą i powabem ?zachodu? opanowywały górną, średnią i dolną półkę. Napis ?Poland?, pojawił się w poważnych planach rozwoju rynku chyba wszystkich, największych, światowych koncernów. Byliśmy jak nadzy Indianie. Nie mieliśmy doświadczonych marketerów, którzy byliby ówcześnie w stanie bronić jakichkolwiek segmentów rynku i zmieniać firmy w obliczu konkurencji.

Dziś okazuje się, że gospodarcza Polska, stoi głównie handlem i usługami. Czy mamy w Polsce podobne historie do (obejrzanego dziś jednym okiem) filmu ?New in Town ?. Ktoś ratuje przed upadłością dużą fabrykę, dzięki wymyślonej przez siebie recepturze puddingu z tapioki, który oczywiście z gracją i przytupem, zdobywa rynek. Z przyjemnością obejrzałbym podobną historię o majonezie kieleckim. Ale nie jestem pewien (po śledzeniu facebookowego profilu tegoż) czy ktoś tam potrafi opowiadać ciekawe historie marek ?

Na świecie najsłynniejsze marki produktów spożywczych, najczęściej ewoluowały z autorskich receptur lub produktów regionalnych. Wspomniany, sprytny H.J. Heinz, najpierw sprzedawał swój sos pomidorowy w słojach znanych ówcześnie marek. Dopiero, kiedy przekonał się, że klientka sos polubiła, mówił, że jest to jego autorski pomysł. Wiele pracy i wysiłku kosztowało go eksperymentowanie z pomidorami i przyprawami. A my? Ile mamy produktów regionalnych, które po 22 latach podbiły Europę? Wszyscy wiedzą co to jest oscypek, ale czy znacie nazwisko-firmę gazdy, który robi najlepsze oscypki w Polsce? Wśród tysięcy regionalnych produktów, milionów prastarych recept  recept babć, na których zastygła fantastyczna słowiańska, polska i wielokulturowa tradycja naszego kraju ? ile z nich stało się polskimi markami? Narodowymi klejnotami rodowymi? Być może ważniejszymi niż gaz łupkowy, węgiel kamienny czy Stadion Narodowy? Gdzie są te marki? Bo wypuszczanych co rok, wyposzczonych speców od marketingu mamy na pęczki?

Polak-Szarak może dziś robić wino i je sprzedawać. Tylko, że my nie jesteśmy krajem winiarzy. Za to, żeby robić i sprzedawać nalewki, trzeba być alkoholowym potentatem. A Polak nalewkę zrobi ze wszystkiego. No, prawie. Pomijam, że gdyby Heinz spróbował wyprodukować w Polsce choćby słoik ketchupu, mógłby niewątpliwie  zainteresować się nim Sanepid i cała historia przypominałaby  perypetie Elżbiety Wierzchowskiej i Andrzeja Kiełbasińskiego (?Kawowy Kołobrzeg?).

Kiedyś Polak-Szarak kupował na pniu to co było na półkach. Dziś patrzy też coraz częściej na jakość, ale na górnych półkach w delikatesach nie widać zbyt wielu rodzimych marek. Heinz opracował swoją recepturę, którą zachwycił klientów. Nie kopiował nikogo. Nie wrzucił do słoika kilku marnych pomidorów, a po zmiksowaniu nie doprawił ich solą (wypadową). Następnie nie założył krawata i z uśmiechem na ustach nie wciskał gawiedzi tej papki, przekonując, że jest to towar najwyższej jakości i koniecznie renomowany. Kowalski niestety (bywa, że z przystawionym do skroni pistoletem kupca sieci handlowej) ma dylemat. Zalać tonę śledzia olejem, wrzucić parę listków i sprzedaż ?po taniości?, czy tworzyć wymyślne receptury ?kaszubskiego śledzia, wejherowskiego?  oraz dodawać różniste ingrediencje, które podwyższą cenę o 20%. Być private label czy mieć własną markę? Oto jest pytanie.

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Mój biznes
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

Mordobicie w marketingu

Jest ciepłe, kalifornijskie lato. 2 sierpnia 1964r. Long Beach. Delikatna bryza na Signal Hill. Pierwsze, międzynarodowe, poważne mistrzostwa karate w USA. Ed Parker`s Tournament. Ze wszystkich stron USA, przyjechali tutaj przedstawiciele najróżniejszych szkół walki.  Hala Municipal Auditorium pęka w szwach. Turniej okazał się wyjątkowym sukcesem. Niedzielny wieczór zamienił się w feerię fantastycznych pokazów sztuk walki. John Rhee łamiący ponad pięciocalowe deski. Ben Largusa, zachwyca filipińską odmianą ciosów karate. Takuyki Kubota realizuje pokaz, o którym magazyn “Czarny Pas” napisze później “szokujące wyczyny”. Na niewielkiego Chińczyka, ubranego w czarny mundur i dziwaczne, czarne buty, mało kto początkowo zwraca uwagę. Ale on bywa arogancki. Zarozumiały. Pewny siebie.  Nachalny. Ale dowcipny. Ekstrawagancki. Młodzieniec z Hong Kongu. Piekielnie szybki. Bruce Lee.

 

Bruce wskakuje na ring. Rzuca wyzwanie. ? Koncentrujecie się na formach. A w walce chodzi o uproszczenie! O jak najszybsze pokonanie przeciwnika!. Publiczność buczy.  ? Jestem  w stanie pokonać każdego w przeciągu minuty!?. Tłum skanduje - U-do-wo-dnij! U-do-wo-dnij! ? Będę z nim walczył!. Na ring wskakuje długowłosy Chińczyk. - Już raz go pokonałem!.  Walkę i jej wynik możecie obejrzeć na dole wpisu.

Na samym początku lat dziewięćdziesiątych, poznałem fantastycznego profesora.  Prezydenckiego, a nie tam jakieś fifirifi. Czułem wtedy nieodparty głód intelektualny, na rozmowy o marketingu. Poświęcił mi ponad trzy godziny. Słuchał wyjątkowo cierpliwie. Zadał nawet parę pytań.  Gadał jak najęty ktoś zupełnie inny. Na końcu tego swoistego seansu terapeutycznego powiedział. - Panie Jacku, przyznam się Panu do czegoś. Jak po raz kolejny muszę iść a katedra i tłumaczyć ludziom co to jest marketing, to już mam tego serdecznie dosyć. Profesor użył trochę innych słów zamiast serdecznie dosyć, ale parafrazując Twaina, spuśćmy zasłonę milczenia na koniec tej sceny.

Przed 1990 rokiem, marketing był egzotycznym przedmiotem na polskich uczelniach, podobnie jak hodowla żółwia pustynnego, albo uprawa manioku na plażach piaszczystych. Akademickie korytarze wypełniało około 50 akademików, zajmujących się tym zagadnieniem. Niektórzy przebąkiwali coś o marketingu socjalistycznym. Stare dzieje. Później, na anielskich skrzydłach firm polonijnych, sfrunęła swoista estetyka, pachnąca zachodem, tanim barszczem i  marmurkami. Do działów handlowych przyczepiano marketing (niektórzy nawet  marketyng ). Pierwsze komórki marketingu powstawały w okolicach roku 1995-1996. Mój pierwszy skrypt do zajęć  Podstawy marketingu , napisany na maszynie, z odręczną  infografiką powstał w 1993r. Przez pierwsze 10 lat, marketingowi przypięto łatkę  nowocześniejszej nazwy handlowania . Lub  amłejostwa  jak niektórzy mówili.  W 1997r. świetna sztuka o pracy w agencji reklamowej –  Ketchup Schroedera. Po roku 2000, powstawały i umacniały się różne, polskie marki. Pomijając te, o których już dziś nikt nie pamięta. Rozpoczęła się wielka Wiosna Ludów w marketingu. Rozrastały się komórki. Agencje reklamowe przeżywały prosperitę i pękały w szwach. Polska zamigotała na kolorowo w tivi i na tekturowo na billboardach.  O karierze w marketingu marzył każdy student. Nieomalże każda uczelnia, uważała za oczywiste uruchomienie kierunku  zarządzania i marketingu .  Po 2005 roku, coraz głośniej przedsiębiorcy przyznają się, że do marketingu zatrudnią każdego. Byle nie po   zarządzaniu i marketingu. Absolwenci z trwale wyrytymi w pamięci SWOT-ami, BCG-ami oraz recytującymi z pamięci megakorporacyjne strategie największych z listy  Forbesa, topią się niczym wosk gdy w praktyce przychodzi im się zmagać z CMYK-ami, RGB-ami, pantonami, roll-upami, solwentami i cromalinami. Kiedy kończy się rok 2008, Polska oszalała na punkcie Naszej-Klasy, doceniając w końcu siłę internetu. A potem był już tylko Facebook, Twitter, LinkedIn i Goldenline.  Przez ostatnie lata, cały świat krzyczy słowami Petera F. Druckera , że współczesna gospodarka XXI wieku, to innowacje i marketing. Innowacje ? Jasne. Ale jak rozumiesz ?marketing??

Przez ostatnie 22 lata, słowo  marketing przemykało na ustach wszelkiej maści przedsiębiorców, naukowców, dziennikarzy, celebrytów, studentów czy gwiazd estrady. Odmieniane na wszelkie możliwe sposoby. Od przymiotnikowego marketingowy, marketingowa, marketingowe do marketingowania czegoś  lub  marketingowania się  włącznie. Nic nie było  reklamowe ,  promocyjne ,  propagandowe ,  handlowe , wizerunkowe,  spektakularne . Wszystko musiało być  marketingowe . Kontekst użycia był bardzo szeroki. Nachalny artysta wpycha swoją płytę w szklany ekran ? To marketingowe! Sklep oszukuje na cenach? To marketingowe! Nie doczytałeś się w umowie gwiazdek? To marketingowe! Ucho garnka odpadło? Zrobili Cię marketingowo! Usłyszeliśmy o  chwytach, trickach i manipulacjach marketingowychSłowo  marketing zostało zajechane jak dziki osioł, każdy domorosły spec, wyznawał zasadę, że dzięki temu jego wypowiedź nabierze wymiaru eksperckości. Dość, dość i jeszcze raz dość.  Przypomnijmy dwa cytaty:

?Spośród wszystkich dyscyplin wchodzących w skład nauk ekonomicznych nie ma prawdopodobnie cieszącej się gorszą opinią niż marketing. Kojarzy się on bowiem z wprowadzaniem ludzi w błąd i manipulacją. Tymczasem w rzeczywistości odwołuje się do zasad etycznych, które często łamane są przez ludzi, nie związanych z tą dziedziną ?

Źródło: "Klucz do marketingu" Jonatan Sutherland, Diane Canwell
Wyd. Naukowe PWN 2008, ISBN 978-83-01-15448-6(01)

?Praca marketingowa bywała zmiennie określana jako zawód, sztuka, nauka, złowieszczy instrument dla mas i śmiechu warta strata pieniędzy. Pojęcie “marketingu” w znaczeniu pejoratywnym było szeroko stosowane w mediach, a ludzie parający się tą profesją często portretowani jako fałszywi i niemoralni łajdacy.?

Źródło: "Nowe spojrzenie na marketing" Robert Shaw 
Wyd. Studio Emka 2001, ISBN 83-88931-00-8

Przez 22 lata dorobiliśmy się setek tysięcy ludzi pracujących w marketingu. I ani jednej uznanej marki światowej. Choćby aspirującej do niej.  Pomijam marki osobowe. ANI JEDNEJ. Jeśli ktoś nie wierzy, niech przejrzy sobie zestawienia InterbrandsJesteśmy za to mistrzami przerobu. Na którym ktoś nakleja swoje własne logo. Równocześnie krzyczy się, że  marketing to snobistyczna zachcianka . Nikomu niepotrzebny kwiatek do kożucha. Kryzys? Tniemy pieniądze na marketing. Nie oceniając wcześniej w sensowny sposób jego efektów oraz skutków, jakie może to wywołać dla firmy.  Marketer bywa często odtwórczy. Robi to co mu każe zagraniczna centrala. Albo marna agencja reklamowa, w którą dział marketingu wpatrzony jest jak w obrazek.  Albo szef, dla którego marketing to takie  pitolenie po szopenie , a jeśli już to wszystko ma być tanio, swojsko i najlepiej tylko takie rozwiązania, które podobają się żonie prezesa. Inni, robią wszystko sposobem gospodarczym. Albo generalnie zatrudniają do wszystkiego dostawców, dobrze sobie przy tym tyjąc. I jedni. I drudzy?

Pierwszym marketerem każdej firmy, jest jej szef ? właściciel, prezes, dyrektor. To jest  samiec alfa , który ma  inspirować, charyzmatycznie motywować, rozwijać ludzi, pomagać im w pokonywaniu przeszkód, ale przede wszystkim – kreować rynek.  Takim marketerem był Steve Jobs. I choć Apple nie do końca podoba mi się w wymiarze działań społecznych i współpracy z dostawcami, to gra na rynku prowadzona jest na najwyższym poziomie.

Mentalność  samców Alfa w wymiarze prezesów czy członków Rad Nadzorczych, kształtowana jest silnie w otoczeniu społecznym. Oni również słyszą  marketingowanie marketingu na wszelkie możliwe sposoby. Ci może bardziej światli, nie zwracają na to uwagi. Ale nie łudźmy się, w wielu firmach pisma typu Harvard Business Review pełnią podobną funkcję co  Na Żywo w poczekalni u stomatologa ?

Wybaczmy Zosi ze spożywczego czy Wojtkowi z mięsnego, uznawanie marketingu za zło całego świata. Odpowiedzialnego za manipulację, kombinację, oszustwa i jedną wielką  ściemę handlową. Oni mają pełne prawo nie rozumieć tych niuansów. Ale już student  Czegoś i Marketingu powinien rozumieć w czym rzecz. Ostatecznie nie studiuje na Akademii Oszustów. Ale od kadry akademickiej, szczególnie z obszaru ekonomii, zarządzania czy marketingu , po 22 latach należałoby wymagać zrozumienia istoty tej dziedziny wiedzy, posługiwania się poprawną terminologią oraz umiejętności obrazowego wyjaśnienia np. mediom. Jeśli jednak jeden z profesorów ekonomii, nie ma bladego pojęcia o jednym z współtwórców współczesnego świata gospodarki, a drugi sugeruje, że Polacy są  marketingowo oszukiwani  , to jest to zarówno ich kompromitacja jak i niebezpieczne utwierdzanie w przekonaniu innych, że tak rzeczywiście jest.

Mam osobiście dość słuchania, że istotą marketingu jest oszukiwanie ludzi. Obraża to wszystkich ludzi pracujących w marketingu, bez względu na stanowisko. Obraża to właścicieli firm i prezesów, którzy bardzo ciężko tworzą unikatowe wartości  dla coraz bardziej wymagających klientów. Obraża to setki tysięcy ludzi , zatrudnionych w branży marketing services : począwszy od projektantów i montażystów szyldów reklamowych, grafików komputerowych, importerów gadżetów, twórców identyfikacji wizualnej poprzez agencje reklamowe, badaczy rynku czy mediów aż po ludzi ciężko pracujących w biurach reklamy wszelkiej maści mediów. Bez względu na nasz stosunek do reklamy. Obraża to dziesiątki tysięcy studentów marketingu oraz ich profesorów i mentorów czy autorów książek.  To również obraża mnie osobiście.

Spróbujcie powiedzieć publicznie, że istotą wiedzy o finansach jest oszukiwanie ludzi. Albo ujmijcie to w kontekście wiedzy prawniczej. Zostaniecie w pięć minut zakrzyczeni przez środowiska zawodowe. Marketerów nikt nie broni, bo nie ma takiego środowiska. Nie istnieje polski odpowiednik American Marketing Association czy Chartered Institute of Marketing. Ale będzie, zapewniam Was.

Jeśli chcecie się włączyć w proces stworzenia organizacji dla marketerów, napiszcie do mnie (użyj formularza na dole notki).

Marketing services to potężna dziedzina gospodarki wszędzie na świecie. Marketerzy są zawsze bardzo poważnymi ?zakupowcami?. Bez budżetów marketingowych, nie istniałaby komercyjna prasa, telewizja czy radio. Bez udziału sponsorów nie zostałoby zrealizowanych wiele projektów. Dziś chyba nawet żaden ? Bez silnej konkurencji, wiele cen nie byłoby dziś tak niskich, a wiele świadczonych usług, nie byłoby tak wysokiej jakości. Marketer nie jest wrogiem klienta, czatującym za rogiem, by tylko go oskubać.

W wywiadzie  Etyka bankomatówprof. Paul H. Dembinski porusza dwie kluczowe kwestie. Po pierwsze, jednoznacznie stwierdza, że – Kapitał to nie żetony do gry w ruletkę. Kapitał musi pracować, a nie służyć do gier hazardowych?. Tym jasno przekazuje, że kasyno o nazwie  Światowa Makro- i Mikroekonomia zostaje już zamknięte. Ludzie mają dość bawienia się zapałkami na rynkach finansowych, bo koszty porażki są zbyt wysokie. I druga teza  - Cała ideologia rynku mówi o konkurencji. (?) Mamy też problem z logiką działania korporacji. Klient jest po to, żeby zrobić z niego rezultat giełdowy, nie jest po to, żeby z nim współpracować, żeby wrócił jutro. Wbrew temu, co opowiadają marketerzy, klient jest tylko złożem dochodu dla firmy?.

Piękne prawda? Czyż to nie fantastycznie czuć się jak matrixowa bateryjka, w  korporacyjnym świecie, dla których relacje z klientem nie mają większego znaczenia, bo liczy się tylko cyfra? (sic!). Ale ten świat się kończy. Dlaczego?  To proste. Dzięki social mediom, klienci przestają się dawać traktować jak matrixowe bateryjki. Twórcy Twittera czy Facebooka, dali klientom potężne narzędzie do ręki. Narzędzie bezpośredniego feedbacku na realizowane przez firmę działania rynkowe. Świat relacji klient-firma bardzo mocno się zmienił Panie i Panowie. To nie jest dobra wiadomość dla rozdmuchanego ego bardzo wielu właścicieli firm ?

Pierwszy Marketer czyli właściciel zawsze gdzieś głęboko definiuje swoje podejście do klienta. Może je definiować jako  matrixową bateryjkę. Albo  gęś do oskubania. Albo złotą kurę. Albo partnera. Albo wroga. Cała reszta, to już tylko cyferki. Bez względu na ich wielkość, podejście do klienta właściciela firmy, będzie zawsze wpływać na całą resztę.

I sedno sprawy. Jeśli jakiś profesor ekonomii uważa wiedzę o marketingu za oszukaństwo, pranie mózgu i robienie ludzi w konia, to jako autorytet przekazuje prosty komunikat przedsiębiorcom. Tych, którzy to robią i się z tym kamuflują, utwierdza tylko w przekonaniu, że wszystko jest OK. Tym, którzy w swojej działalności choć trochę rozumieją i stosują  zasady etyki biznesu czy marketingu, sugeruje, że są totalnymi naiwniakami. Paplanie autorytetów, profesorów ekonomii o oszustwach marketingowych legitymizuje przedsiębiorców do kombinacji na rynku. Usprawiedliwia też ich dotychczasowe działanie.

To nie marketing oszukuje ludzi. To ludzie oszukują klientów, używając narzędzi marketingu. To zasadnicza różnica.

Na zakończenie wracam do Małego Smoka. Scena walki o zasady na ringu, nie miała w rzeczywistości miejsca. Została wymyślona w filmie Dragon. W rzeczywistości  tego rodzaju zachowanie byłoby obraźliwe dla ludzi uprawiających sztuki walki.  Ed Parker nigdy nie pozwoliłby na taką demonstrację. Również Bruce Lee miał zbyt dużo klasy, aby pozwolić sobie na tego rodzaju występek. Ale dla mnie jest to bardzo obrazowa i symboliczna scena.

Wyzywam na pojedynek intelektualny każdego notowanego w Informatorze Nauki Polskiej, przekonanego,  że  istotą wiedzy o marketingu jest oszukiwanie ludzi.  Jestem w stanie w przeciągu 60 sekund, podczas publicznej debaty,  udowodnić, że opowiada totalne bzdury na resorach i obronić swoją kluczową hipotezę.  Chętnych do starcia zapraszam do kontaktu przez poniższy formularz.

[contact-form subject="WIADOMOSC Z BLOGA" to="jkotarbinski@gmail.com"] [contact-field label="Imię i nazwisko" type="name" required="true" /] [contact-field label="Email" type="email" required="true" /] [contact-field label="Treść wiadomości" type="textarea" required="true" /] [/contact-form]

Dragon: The Bruce Lee Story

Share and Enjoy:
  • Print
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • Flaker
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • Mój biznes
  • PDF
  • RSS
  • Wykop