Chytrość misiowa #histeryjkimarketingowe

Chłopczyk miał już pełną podkówkę, oczy wielkości spodków i łzy jak grochy. Pięciolatek szlochał na pół osiedla z misiem pod pachą.

Poczuł się totalnie wykluczony. Cała grupa przedszkolna idzie się fotografować. Jego mama rozkłada ręce. Jak mu wytłumaczyć całą popapraną sytuację wykluczenia z grupy? Wszyscy będą mieli zdjęcie, a on nie? Czy ma po prostu nie iść do przedszkola? Narazić się na śmieszność dzień po?

Tym artykułem inicjuję serię #HisteryjkiMarketingowe
Jeśli znasz historyjkę (histeryjkę), gdzie czujesz, że jakaś marka zrobiła Cię w konia – wyślij ją do mnie (plik tekstowy, max. 3.000 znaków ze spacjami) używając formularza
Formularz HISTERYJKI MARKETINGOWE

Jedno z centrów handlowych

Znana Marka. Tuż przed świętami, dziecko siada na moment w fotelu Świętego Mikołaja, a za chwilę biegną z mamą po kolejne zakupy. Tuż za nimi truchta pani reprezentująca Markę. Zaczepia i zaprasza do udziału w castingu organizowanym przez Markę. Przekonuje, że nagrodą za wygrany casting jest specjalna sesja zdjęciowa oraz publikacja reklam w witrynie sklepu Marki. Mama przezornie pyta, czy za sesję przewidziane jest wynagrodzenie (uwaga: za sesję zdjęciową zawsze należy oczekiwać jakiejś formy wynagrodzenia). Pani odpowiada, że nie, ponieważ Marka traktuje sesję, jako wygraną w konkursie na modela Świętego Mikołaja, czy jakoś tak ..;. Mama dziękuje grzecznie, przyznając słusznie, że największą korzyść osiąga z całej akcji organizator (oszczędzając parę drobnych na konieczności zapłacenia za udział w sesji, ciekawe czy fotograf też pracuje „do portfolio”?).

Chytrość misiowa

Teoretycznie temat nie wart byłby uwagi, ale Mama za pewien czas otrzymuje mail, w którym jest informowana przez wychowawczynię, że dzieci idą w sposób zorganizowany do sklepu Marki. Celem są warsztaty z tworzenia pluszaków. Oczywiście darmowe (ach, cóż za zaszczyt trafił dzieciaki!). Podczas zajęć, cała grupa stworzy jedną maskotkę, którą zabiorą do przedszkola. Podczas wizyty i zajęć, specjalnie oddelegowany fotograf, będzie robił zdjęcia. Mama przezornie zapytała, czy przedszkole podpisywało zgodę na wykorzystanie wizerunku dzieci, a jeśli tak, to w jakich kanałach dystrybucji wizerunek będzie eksploatowany? Dla przypomnienia: zgoda na użyczenie wizerunku to taki dokument, napisany prawniczym żargonem, drobnym maczkiem, który czytasz pięć minut, próbujesz zrozumieć. Jak podpiszesz, dziennikarz nagra z Tobą 10 minut setki, a potem puszczą jedno zdanie 🙂

W każdym razie, przedszkole odpowiedziało, że zapisując dzieci na wycieczkę, podpisało oświadczenie, że opiekunowie prawni dzieci wyrazili zgodę na utrwalenie wizerunku dzieci, w związku z tym oni wyrażają zgodę i tak dalej … Innymi słowy, przedszkole nie konsultując z rodzicami tematu wykorzystania wizerunku ich pociech, wykazało się albo skrajną naiwnością, albo chytrością. Sam już nie wiem.

Mama (jako jedyna) napisała maila do przedszkola, że nie zgadza się na wykorzystywanie wizerunku dziecka i wykonywanie zdjęć przez Markę. Reszta rodziców (24 osoby) nie wyraziła sprzeciwu. Tutaj wracamy do sceny płaczącego pięciolatka, który czuje się wykluczony, a mama nie ma kompletnie pomysłu na wytłumaczenie mu, dlaczego nie chce by poszedł z innymi robić maskotkę.

Przyznam, że różne akcje marketingowe widziałem, ale żerowanie na emocjach dzieci, uważam za szczególnie odrażające w marketingu.

To próba przede wszystkim wykorzystania ludzkiej próżności, iskry darmowej sławy, chęci podrasowania swojego ego. „Moje dziecko brało udział w reklamie”, „zobaczymy nasze dzieci na wielkim bilboardzie” – dla niektórych to nadal brzmi magicznie i za darmo oddadzą swój (lub dzieci) wizerunek, w ręce po prostu, chciwych ludzi. Nazwijmy rzecz po imieniu. Dla takich firm jak Marka, kilka tysięcy złotych za sesję kilku dzieci nie jest najmniejszym problemem. To bowiem nie jest kwestia pieniędzy, ale podstawowych zasad zamawiania usług marketingowych. Marka tworzy cale show, narrację, która ma związać emocjonalnie dzieci, dać im frajdę i fun. Jednocześnie postawy Mamy, odmawiającej udziału w całym zamieszaniu, będą piętnowane. „Ale o co Ci chodzi?”, „przecież nic się nie stalo” i tak dalej. Stało się. Rodzice tych dzieci, są po prostu zwyczajnie wykorzystywani. Marki mają budżety na sesje zdjęciowe, a jak ich nie mają, to po prostu ich nie robią. Mogą kupić taniej zdjęcia ze stocku. Tylko czego nie ma na takich zdjęciach? Naturalnych emocji dzieci, ich uśmiechu i radości z tworzenia czegoś. Każdy fotograf będzie szukał tych emocji. Tylko to co dla dzieci jest zabawą i frajdą, nie może zamydlać oczu ich rodzicom. Marki mają wynagradzać dzieciaki za pracę, inna sprawa w jakiej formie i czy ta forma jest adekwatna do tej pracy. Udział w sesjach zdjęciowych jest bowiem pracą, nawet jeśli wygląda jak zabawa czy jest tak właśnie aranżowana. A skoro tak, to każdy z rodziców powinien wyrazić na to zgodę indywidualnie. Zaakceptować bądź nie warunki i tyle. Kluczowe jest też określenie pól eksploatacji – bo nagle okaże się, ze twarz naszego dziecka jest na plakatach, kubkach, koszulkach, długopisach i grze komputerowej. Przesadzam? Nie. Uwierzcie mi, że nie. W normalnych warunkach, przedszkole powinno zaprosić radcę prawnego, który wynegocjuje z Marką warunki oraz przygotuje stosowne porozumienie z rodzicami. Używanie tricków „darmowe warsztaty” przypomina słynne zwiedzanie egipskich muzeów papirusu, gdzie każde z nich okazuje się po prostu sklepem z wydzieloną przestrzenią pokazową.

Chrońcie wizerunki dzieciaków i nie dawajcie sobie wmawiać, że to tylko zabawa.

Tym artykułem inicjuję serię #HisteryjkiMarketingowe
Jeśli znasz historyjkę (histeryjkę), gdzie czujesz, że jakaś marka zrobiła Cię w konia – wyślij ją do mnie (plik tekstowy, max. 3.000 znaków ze spacjami) używając formularza
Formularz HISTERYJKI MARKETINGOWE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.