Najczęściej kiedy jakaś organizacja czy duża firma ogłasza z szumem i łoskotem nowy znak graficzny to zaraz jest jakaś afera i wojna na poduszki.
Internetowa społeczność zamiast cmokać, padać na kolana, wyć w ekstazie i chylić czoła z zachwytu, hejtuje na potęgę oraz urządza zawody w narodowym spoof advertisingu czyli parodiowaniu reklam. Uwielbiam spoof advertising, nie tylko dlatego, że lubię dobry humor. To doskonałe narzędzie do testowania, analizowania i badania komunikacji marketingowej. Oczywiście, wszystko i pracę każdego można wyśmiać i sparodiować – liczy się jednak styl i intencje oraz jak marka na to zjawisko zareaguje.
Projektowanie identyfikacji wizualnej, to przede wszystkim rzetelne rzemiosło. Tak, tak, naprawdę mamy za dużo „reklamowych artystów”, a za mało „rzetelnych rzemieślników”. Poza umiejętnościami wymaganymi w zawodach graficznych, profesja ta wymaga solidności i rzetelności, jej podstawą jest wiedza o grafice użytkowej, zasadach designu, posługiwanie się narzędziami, ale i świadomość trendów panujących w tej dziedzinie. Tutaj też są mody i trendy, jak wszędzie. Owych umiejętności uczą się na świecie nie tyle wielcy artyści-graficy, którzy wiekopomnym dziełem chcą ruszyć z posad bryłę świata, ale zwykli profesjonaliści. W Polsce grafik musi kończyć zaraz Akademię Sztuk Pięknych, w Niemczech wystarczają czasami umiejętności nabyte w lokalnej szkole reklamy.
To co przeciętnemu zjadaczowi chleba wydaje się prostym i nieskomplikowanym machaniem rysikiem czy myszą po tablecie, jest poszukiwaniem prostoty wyrazu, jednolitego, spójnego komunikatu czy równowagi kolorystycznej. Identyfikacja wizualna ma bowiem tę właściwość, że definiuje graficzną osobowość marki, jej styl i charakter. Dlatego jest ważna, choć dziś nie jest sztuką kupić sobie znaczek czyli logo za parę euro na jakimś stocku.
Miedzynarodowe firmy designerskie, inkasujące za projekty kompleksowej identyfikacji setki tysięcy złotych, konkurują z grafikami tworzącymi logo z kanapy za parę złotych. Książkę na ten temat można napisać. Tyle, że każda firma opowiada o wielkich badaniach i testach – tak rzeczywiście jest i jeśli nie są to tak zwane „badania korytarzowe pionowe i poziome”, to pozwalają ocenić odbiór i akceptację nowego brandu lub jego modyfikację. Dla każdej marki to jak będzie postrzegana w początkowej fazie na rynek oznacza czasem być albo nie być. Dziś bardzo szybko można sprawdzić też postrzeganie koncepcji graficznych wykorzystując po prostu media społecznościowe czy zamknięte grupy. Z wyboru nowego logo czy dyskusji o kompleksowej identyfikacji można stworzyć świetny projekt angażujący klientów, użytkowników czy mieszkańców. Nie chodzi tutaj o fazę dokonywania wyboru, ale samej dyskusji, projektowania, szkiców, poszukiwania ciekawych rozwiązań. To też świetnie wiąże z marką. Wiele firm tego nie robi, nie angażuje internautów w proces dyskusji o postrzeganiu czy ocenie wizualnej swojej komunikacji, uznając takie projekty za tajne łamane przez poufne. Niektórzy nie zwracają uwagi na wszelkie komentarze wychodząc z założenia, że „i tak w końcu ten znak się opatrzy”.
Jest takie stare powiedzenie: „kiedy dziesięć osób mówi, że jesteś pijany, idź i lepiej się połóż spać”. Kiedy identyfikacja wizualna objawiana jest światu i spotyka się z bardzo szeroką, ostrą krytyką, wszyscy odpowiedzialni za jej wykreowanie uważają, że absolutnie nikt się na niczym nie zna i tylko oni mają rację. To jaskrawo przypomina sytuację, w której firma na siłę przekonuje klientów do swojego produktu, ponieważ uważa, że jest najlepszy na świecie. A jak ktoś ich światłej i wielkiej idei nie zrozumie , to się nie zna i niech się nie wypowiada. To zmora całej branży kreatywnej, czasem myślącej kategoriami europejskiego designu z początku wieku: to klient ma się dostosować do projektu, a nie odwrotnie. Tyle, że to tak dziś nie działa.
Dyskutujemy czasem o mistrzostwie polskiej szkoły plakatu, polskiej szkole filmowej czy nawet dobrym, polskim designie. W sferze grafiki użytkowej, a do tej kategorii należy identyfikacja wizualna, wystarczy wyjść na ulicę, by zobaczyć w jakiej estetycznej czarnej d…ziurze jesteśmy. Jesteśmy atakowani i gwałceni beznadziejnie wyglądającym liternictwem, gamą kolorystyczną, reklamową prowizorką, a przestrzeń publiczna zawłaszczyła bylejakość, banał i estetyczny holocaust. Pół biedy, gdy jakaś mała firma popełnia błąd, bo żonie właściciela złoty szlaczek i pięć krojów pisma się podoba. Gorzej, gdy organizacje publiczne wykazują się niezrozumieniem dla profesjonalnej kreacji własnego wizerunku (nie mylić z propagandą), który reprezentuje ją wizualnie wszędzie na świecie. Identyfikacja wizualna każdej marki jest jak suknia ślubna panny młodej. Chyba każda kobieta chce w dniu swego ślubu (czyli wejścia na rynek nowej marki) być najpiękniejszą na świecie. Dowcip polega jeszcze na tym, że nawet małe firmy już rozumieją znaczenie profesjonalizacji własnego wizerunku.
Dwadzieścia lat temu można było zarzucać polskim projektantom braki w wiedzy czy warsztacie i zwalać je na karb małego doświadczenia. Dziś mamy tysiące fajnych twórców, których bolączką jest choćby brak możliwości przebicia się na rynku z prostej przyczyny – za swoją solidną pracę, oczekują adekwatnego wynagrodzenia. Jak w każdym, porządnym rzemiośle. Tutaj niestety zbyt często spotykają się z totalnym, mentalnym betonem, dla którego symbol graficzny to prosty znaczek z kropką, krokiewką i zielonym mazajem pośrodku i do którego dobudowuje się ideologię godną religijnych guru.
Zacznijcie w końcu oczekiwać od projektantów rzeczy wizualnie spójnych, prostych, użytecznych i przede wszystkim estetycznych. Umożliwiających bezproblemowe użycie w materiałach poligraficznych, elektronicznych, w zróżnicowanych technologiach. Bez zbytniego wydziwiania i dobudowywania do tego wielkich historii i banalnych słów. Tak na początek tylko tyle i aż tyle.
Bardzo mocno popieram wszystkie wypowiedzenie w tym artykule tezy. Niestety świadomość posiadania logo jako wizytówki marki, biznesu mocno kuleje. Duża część osób uważa, że 50 zł, jakaś czcionka, jakiś kolor i logo gotowe. Ostatni akapit artykułu należy koniecznie zapamiętać.
A przede wszystkim, logo to okazja do zarobienia kasy pod stołem. Przecież wnuczek/syn prezesa/klienta, to bardzo utalentowany młody człowiek (choć może sam sobie z tego nie zdaje sprawy) i jego projekt jest EPOKOWY i REWELACYJNY, musi być tylko „poprawiony” przez fachowca. No i mamy co mamy. Czyli liofilizowane g…… Pozdrawiam tych fachowców, tych co „poprawiają” a kto inny się podpisuje.
Reklamy proszków do prania czy płynów do czyszczenia kuchni, mebli, okien i czego popadnie są poprzedzane badaniami rynku i dostosowane do odbiorcy. Aż strach pomyśleć jak będzie wyglądała identyfikacja wizualna firmy oparta na sugestiach takiego odbiorcy, mając na uwadze poziom wspomnianych reklam. Tu się nie zgadzam, to tak prosto nie działa – po to zatrudnia się grafika (agencję czyli sztab ludzi), żeby w oparciu o swoją wiedzę stworzył/stworzyli spójną koncepcję. Można wykorzystać media społecznościowe do zbadania reakcji na projekt, jednak bardzo ostrożnie należy podchodzić do wprowadzania zmian wg. uwag „ludu”. „Gust zbiorowy” jest niestety nijaki, w dużej mierze ukształtowany przez reklamy i otoczenie (takie błędne koło).
Jest jeszcze jeden aspekt, skazujący zwykle z góry projekt na niepowodzenie: sugestie klienta… Nie merytoryczne, zostawiające otwartą drogę zawodowcowi, lecz nagminne sytuacje w stylu: „moja żona zajmuje się od dwóch decoupage i zrobiła taki rysunek – pan to tylko dopracuje”. Pozostaje wtedy podziękować, czyli pożegnać się z zarobkiem lub z wielkiej tragedii zrobić nieco mniejszą tragedię i mieć nadzieję, że nie będzie ona funkconować z nazwiskiem „twórcy”…
Miedzynarodowe firmy designerskie????
A cóż to za potworek słowny?
A w temacie.
Jesteśmy atakowani wizualnie tym, co zlecono, opracowano i wykonano zgodnie z widzimisię tego, kto płacił.
Na nic zda się dobry gust wykonawcy, jeśli gotów jest on dla wypłaty z niego zrezygnować i stworzyć koszmarek.
Na nic zda się wiedza wykonawcy, jeśli czując wypłatę, rezygnuje z jej stosowania w praktyce i podpisuje się pod koszmarkiem, który trafia na rynek.
Na nic zda się przekonanie, że można ładniej i lepiej, gdy projektanci prostytuują się, żeby mieć na opłaty, nie myśląc o reputacji i zawodowym dorobku, który stanowi o ich wiarygodności zawodowej.
Może też kiedyś dorośniemy do tego, że logo to tylko mały fragment całości budowania marki. Logo zawsze występuje w jakimś kontekście (czy to materiały drukowane, architektura, pojazdy etc). Logo nie zbawi niczego, ani nie stworzy marki. Ale to jeszcze daleka droga i sporo pracy nad zmianą świadomości osób zamawiających (choć na rynku są już przykłady bardziej kompleksowego podejścia do zagadnienia i to często bardzo dobre).
Bardzo dobry artykuł. Niestety reklama jeszcze nie przywykła do bycia sztuką..
Szkoda tylko, że Polscy designery inkasują sukces na zagranicznych rynkach gdzie są przynajmniej doceniani..
Zgadzam się trzeba ciekawych i odważnych form w reklamie, ale również takich, które mają w sobie ukryty jakiś sens, zamiast zlepek liter i kolorów. Czasami nawet forma przykładowo trójwymiarowego napisy może sama w sobie skupiać uwagę odbiorcy zamiast pstrokate barwy bilbordu.