Oto mamy billboardowy „układ”. Przeciętna, polska tablica reklamowa – to dziś obraz nędzy i rozpaczy. Ilościowo – przodujemy w Europie. Jakościowo – szkoda strzępić pióra. W jednym z wrześniowych numerów „Polityki” dokonuje się wiwisekcji polskiej branży outdoorowej. Trudno polemizować z argumentacją zawłaszczania przestrzeni publicznej, braku estetyki, harmonii czy prostej logiki użycia. To są fakty, a z nimi jak wiadomo – nie ma sensu wojować. Obraz Polski outdoorowej – to obraz wielkiej walki w policjantów i złodziei. Kto będzie szybszy i bardziej chytry ? Użycie w dzisiejszych czasach tych trzech liter jest na tyle ryzykowne, że posłużę się frazą „rudokitnyj” …
Ryba nie psuje się od głowy. Ryba psuje się od niewykształconego, marnego grafika. Od marnej, miejskiej estetyki. Marnego, zgaszonego marketera. Od indolencji samorządowych decydentów, dla których reklama w przestrzeni publicznej to nadal objaw „kułackiego imperium prywaciarza”. Wszystko zaczyna się od braku koncepcji i pomysłu na uporządkowanie miejskiej przestrzeni reklamowej. Brakuje lokalnych rozwiązań prawnych, które uwzględniać będą zarówno interesy agencji, samorządów, klientów agencji, ale i lokalnej społeczności. Brakuje zdefiniowania miejsc, które nie powinny być „zawłaszczane” mimo ich niewątpliwej atrakcyjności, takich jak zabytki czy kościoły.
Ryba naprawdę psuje się od ogona … Bylibyśmy pewnie w stanie zaakceptować nawał reklamy zewnętrznej, jeśli jej jakość reprezentowałaby „pierwszy sort”. Tak niestety nie jest. Świat billboardów, miesza się z lokalnymi wyklejankami i wycinankami pamiętającymi świat reklamowej folii, citylightami, kawałkami świecących neonów czy diodami LED. Techniczny i designerski prymitywizm wypełnia otoczenie ogólnopolskich nośników. A może odwrotnie ?
Przez 17 lat, demokratyczna Polska nie wykształciła licznych i profesjonalnych projektantów reklamy. Gdzie są lokalne szkoły kształcące specjalistów w zakresie zasad identyfikacji wizualnej, szlifujące kreatywność, pozwalające na eksperyment czy na wyjście poza konwenanse i sztampę ? Gdzie jest wysokiej klasy, polskie rzemiosło reklamowe ? Czyż przez kilkanaście lat nie miało szansy się narodzić ? A gdzie mistrzowie wielkiej, polskiej szkoły plakatu ?
Dziś szef marketingu np. wielkiego browaru nie ma problemu z organizacją ogólnopolskiej kampanii – fachowców ma na wyciągnięcie ręki. Niektórzy nawet gwizdać nie muszą. Zdecydowanie gorzej ma właściciel małego, lokalnego biura turystycznego, który szuka wyróżniającej go koncepcji identyfikacji oraz profesjonalnego wykonania nośników. I nie chce sprzedawać samochodu, żeby ją sobie zaprojektować. Ale zdecydowanie najgorzej – ma ten, który zabawia się w Zosię-Samosię, samodzielnie tworząc estetyczne potworki atakujące nas na każdym kroku. I ten „śpiewno-tańcujący” folklor, jest dla naszego oka tym samym czym disco polo dla uszu. Konsekwencje tak samo druzgocące …