fbpx

WOJNA W ERZE TIKTOKA | Jacek Kotarbiński | Blog o marketingu

Na oficjalnych kanałach The White House w serwisie X pojawiają się materiały wideo, które jeszcze kilka lat temu trudno byłoby uznać za klasyczną komunikację państwową. Ujęcia są dynamiczne. Kamera śledzi drony, eksplozje i starty rakiet, obrazy zmieniają się szybko, pojawiają się krótkie podpisy, a muzyka buduje napięcie. Całość przypomina zwiastun filmu akcji albo fragment gry komputerowej. Jednocześnie przedstawia prawdziwą wojnę. Ten dysonans, między realnością przemocy a estetyką rozrywki, mówi wiele o tym, jak zmieniła się komunikacja w  drugiej dekadzie XXI wieku.

Jeszcze w drugiej połowie XX wieku propaganda wojenna miała zupełnie inny charakter. Dominowały patos, monumentalna symbolika i długie narracje budujące poczucie wspólnoty narodowej. W filmach propagandowych realizowanych przez Leni Riefenstahl dla reżimu nazistowskiego ogromne znaczenie miały starannie skomponowane kadry, rytmiczne marsze i wizualna monumentalność. Celem było stworzenie obrazu państwa jako potęgi oraz przekonanie obywateli, że uczestniczą w wydarzeniu o historycznej doniosłości. Dzisiejsza propaganda wygląda inaczej. Nie jest monumentalna, lecz szybka. Nie opiera się na długiej opowieści, lecz na krótkim obrazie. Zmiana ta nie wynika wyłącznie z decyzji polityków czy strategów komunikacji. Wynika przede wszystkim ze zmian w sposobie odbierania mediów.

Już w latach sześćdziesiątych teoretyk komunikacji Marshall McLuhan zauważył, że sposób przekazywania informacji wpływa na sposób, w jaki społeczeństwa rozumieją rzeczywistość. Jego słynna formuła „medium jest przekazem” sugerowała, że technologia komunikacji zmienia kulturę bardziej niż sama treść komunikatu. W epoce mediów społecznościowych przekaz musi być krótki, wizualny i natychmiastowy. Platformy jak TikTok, YouTube czy Instagram stworzyły nową estetykę komunikacji. To szybki montaż, intensywne emocje i minimalna narracja. Dodatkowo wykorzystywanie kodów popkulturowych znanych z filmu, komiksu, książki, rolki czy memu. Ten język obrazu przeniknął także do komunikacji wojennej.

Filozof Guy Debord już w latach sześćdziesiątych opisał nowoczesne społeczeństwa jako „społeczeństwa spektaklu”. W takim świecie wydarzenia społeczne zaczynają funkcjonować przede wszystkim jako obrazy oglądane przez widzów. Internet doprowadził tę logikę do skrajności. Wojna pojawia się dziś w tym samym strumieniu treści co rozrywka. W feedzie użytkownika może się znaleźć film kulinarny, fragment koncertu albo poradnik treningowy. Wojna przestaje być wydarzeniem historycznym wymagającym interpretacji i refleksji. Zaczyna być jednym z wielu obrazów krążących w cyfrowym obiegu.

Tę przemianę szczególnie przenikliwie opisał filozof Jean Baudrillard, analizując medialny obraz pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. W swoim prowokacyjnym eseju „Wojna w Zatoce nie wydarzyła się” nie twierdził oczywiście, że konflikt nie istniał. Zwracał uwagę na coś innego. Dla większości odbiorców wojna była przede wszystkim doświadczeniem medialnym. Telewizja pokazywała starty rakiet i nocne bombardowania w sterylnej, technologicznej estetyce. Widzowie obserwowali konflikt z dystansu jak spektakl technologicznej precyzji. Realne cierpienie pozostawało poza kadrem. Baudrillard nazwał ten proces symulacją. Sytuacją, w której obraz wydarzenia zaczyna zastępować samo wydarzenie w świadomości społecznej. W epoce internetu ta symulacja stała się jeszcze intensywniejsza.

Podobną diagnozę stawiał filozof technologii Paul Virilio, który twierdził, że historia nowoczesnej wojny jest historią przyspieszania. Najpierw przyspieszały środki transportu, potem broń, a w końcu sam obraz. Dziś nagranie z pola walki może pojawić się w mediach społecznościowych live albo w ciągu kilku sekund od wydarzenia. Prędkość przekazu zaczyna konkurować z refleksją. W rezultacie interpretacja wydarzeń ustępuje miejsca natychmiastowej reakcji emocjonalnej.

Najgłębszy wymiar tego problemu analizowała Susan Sontag w książce „Regarding the Pain of Others”. Zastanawiała się, co dzieje się z ludzką empatią w świecie nasyconym obrazami przemocy. Fotografie wojny mogą wywoływać współczucie, ale mogą także prowadzić do zobojętnienia. Gdy obrazy cierpienia pojawiają się zbyt często, zaczynają funkcjonować jak kolejne obrazy medialne. W epoce internetu ten mechanizm działa jeszcze silniej. Strumień obrazów jest nieustanny. Eksplozja, zniszczony budynek, kolejne uderzenie rakiety. Jedno wideo zastępuje drugie, a odbiorca przewija ekran w rytmie algorytmu.

Algorytmy platform społecznościowych dodatkowo wzmacniają ten proces. Promują treści, które wywołują silne emocje i generują zaangażowanie użytkowników. Dynamiczne nagrania z pola walki idealnie wpisują się w tę logikę. Są krótkie, intensywne wizualnie i łatwe do udostępnienia. W efekcie wojna zaczyna funkcjonować w cyfrowym obiegu jak jeden z wielu rodzajów treści medialnych.

Najbardziej niepokojąca konsekwencja tej estetyki pojawia się jednak na poziomie moralnym. W materiałach wizualnych przeciwnik coraz częściej nie jest przedstawiany jako człowiek. Zamiast twarzy widzimy pojazd wojskowy, sylwetkę w oddali albo punkt na ekranie drona. Znika indywidualna historia. Znika osobowość. Pozostaje cel. W takim obrazie wojny łatwiej zaakceptować przemoc, ponieważ nie jest ona skierowana przeciw człowiekowi, lecz przeciw obiektowi. To proces medialnej dehumanizacji.

W ten sposób rodzi się nowy model komunikacji konfliktu. Wojna zaczyna funkcjonować jako element medialnego strumienia. Krótki, intensywny i viralowy. Można go obejrzeć między innymi filmami, można go udostępnić, można go przewinąć.

To właśnie tutaj pojawia się pytanie etyczne. Jeśli wojna zaczyna wyglądać jak widowisko, czy nie zaczynamy traktować jej jak widowiska? Filozofowie mediów od dawna ostrzegają, że obrazy zmieniają sposób, w jaki społeczeństwa rozumieją rzeczywistość. W epoce mediów społecznościowych to ostrzeżenie staje się szczególnie aktualne. W świecie cyfrowego feedu każdą tragedię można przewinąć jednym ruchem palca. Wtedy wojna przestaje być tragedią i zaczyna być treścią.

Paradoks polega na tym, że te same media, które potrafią zamienić wojnę w spektakl, mogą także przywracać jej ludzki wymiar. Wystarczy jeden obraz twarzy, jedno świadectwo, jedna historia konkretnego człowieka, by przerwać anonimowość statystyk i przypomnieć, że za każdym kadrem stoi czyjeś życie. Technologia sama w sobie nie decyduje o sensie przekazu. Decydują o nim ludzie, którzy ją wykorzystują.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry