Dziewczyna wzięła szklany pucharek i wrzuciła do środka cztery kostki lodu.
Dopełniła mlekiem i organicznym kefirem z discountu.
Następnie urządzeniem przypominającym pipetę tudzież kroplomierz dodała pięć kropli starannie odmierzonego syropu z mango. Aptekarsko. Pięć kropli. Ni mniej ni więcej. Ozdobiła na koniec szklanicę smętnie wiszącym frędzlem owocu z puszki i podała na tacy. Procedura taka. Osiem złotych. Ni mniej ni więcej. Lód, woda i piana – przyjaciel barmana.
Jesteśmy wrabiani. Na każdym kroku i o każdej porze. Do soku pomarańczowego dodają nam wody. Zamiast oryginalnej wody dają inną wodę. A moje ulubione Martini (nie zawiera lokowania produktu) to nie to samo Martini co z Niemiec. O chemii nawet nie wspomnę. Robią nas w mango w pubach, knajpach, restauracjach i wszelkiej maści przybytkach. Dlaczego? Bo się nie znamy. Ot, zagwozdka.
Kiedyś w eleganckiej knajpie w Zakopanem zamówiłem stek z rekina. Tak, sytuacja była iście absurdalna. Stek? Z rekina? W Zakopcu? Nie pamiętam już powodów owej abberacji. Niemniej rozmowę z kelnerem owszem
– Niech Pan mi powie, jak mam poznać, że jest to stek z rekina? Nigdy w życiu go nie jadłem i nie mam pojęcia jak on smakuje.
– Ależ proszę mi wierzyć na słowo!
– Wie Pan, słowo fajna sprawa, ale czy jakiś rekinologiczny dowód jest dostępny?
I tak w koło Macieju. Jakiż bowiem dowód oryginalności steku z rekina mógłbym dostać w Tatrach? Do dziś wierzę, że jadłem stek z ryby. Rekina nie udowodniono.
Kiedyś w Poznaniu kelner wmawiał mi, że do tatara spożywa się wyłącznie ocet balsamiczny [ Smakiem wzięty z półobrotu] i tylko ostatnie rednecki zamawiają do niego maggi.
Takich sytuacji mamy setki, tysiące, może nawet miliony. Zarabianie pieniędzy bazujących na niewiedzy, nieświadomości klienta, swoiste „cwaniaczenie” na wszelkiej maści sposoby. Wtłaczanie biznesu w ramy kombinacji, manipulacji, a nie wartości dobrego rzemiosła, jakościowego produktu i adekwatnej do tego ceny. „Dobrym” przedsiębiorcą staje się zarabiający na wrabianiu w mango swoich klientów, a nie biznesowej solidności. Dzięki właśnie takim kombinacjom czy gwiazdkach w umowach, dyskusje o marketingu bywają trudne, ponieważ wielu przedsiębiorców oczekuje dostarczania socjotechnicznych narzędzi do typowego wciskania małpie kitu lub maskowania. A jest to dziś wybitnie krótkowzroczne.
Kiedy 27 kwietnia rozmawialiśmy z Pawłem Sito na antenie TOK FM [ posłuchaj ], wróciliśmy do międzywojennej zasady JEEN sformułowanej przez inż. Kazimierza Szpotańskiego – założyciela i dyrektora Fabryki Aparatów Elektrycznych w Warszawie. Skrót oznaczał Jakość – Estetykę – Ekonomiczność – Nowoczesność. Szpotański wprowadzał tę zasadę w życie – opisuję go w Sztuce Rynkologii. Z warsztatu w 1918r. rozwinęła się firma zatrudniająca 1.500 osób po 21 latach. Kupiecka czy rzemieślnicza rzetelność po 1945r. nabrała innych barw. Dziś może warto wracać do podstaw budowania swoistego „gospodarczego szlachectwa” – istoty przedsiębiorczości opierającej się o realne wartości, a nie klasyczne „krojenie naiwnych”.
Szukajmy dobrych wzorców. Punktów odniesienia. Również smakowych. Pierwsze w życiu ślimaki jadłem w uroczej knajpce na Montmarte dzięki zaproszeniu Piotra Moszyńskiego. Wiedział po prostu gdzie są dobre. A jak się robi koktajl z mango? Wrzuca się i miksuje świeże i dojrzałe owoce. Pomijając, że u nas one nie rosną. Może warto wykorzystać inne? Prawdziwe mango widziałem raz w życiu. W Lubljanie na lokalnym targu. Wielkości sporego melona. 10 euro. Sztuka. Wzorzec. Jak metr. Smaku nie zapomina się do końca życia.
Jakby mi kelner zaproponował do tatara ocet balsamiczny zamiast maggi to by nie przymierzając dostał po ryjku…
Jacku, jeśli chodzi o polską chemię gospodarczą (mówię tu głównie o proszkach) to z tego co wiem nie jest do końca tak, że jesteśmy oszukiwani przez złe zagraniczne koncerny. Fakt jest faktem, że proszki z Niemiec mają więcej kolorowych granulek (czyli tych najważniejszych), niż te, które dostaniemy w Polsce. Jednak z badań wynika, że Polacy po prostu sypią więcej proszku i te różnice się wyrównują. To taka pozostałość po poprzednim ustroju chyba. Tak samo było na początku lat 90. z płynami do naczyń. Jako, że woda była dosyć tania to zmywało się na zasadzie: zlew pełen wody, 1/3 butelki ludwika i jedziemy. Dlatego płyn Fairy (o ile dobrze pamiętam) poniósł u nas klęskę. Nikt nie mógł uwierzyć, że wystarczy trochę płynu, aby dobrze umyć naczynia. Sytuacja zmieniła się dopiero po wzroście cen wody. Producenci proszków walczą z naszymi przyzwyczajeniami dodając miarki itp. do swoich produktów. Ale Polacy i tak sypią więcej. Co gorsza sam tak robię…
Piotr, z tego co wiem to przede wszystkim kwestia roznic technologicznych. Ale rowniez relacji jakosc/cena np. porownywalny proszek do prania tej samej marki moze byc w podobnej cenie jak w PL, ale o zupelnie innej jakosci. Bylo kilka podejsc do zbadania tego zjawiska czy dzienniarskie happeningi 🙂 [https://www.tvn24.pl/czarno-na-bialym,42,m/niemieckie-proszki-lepsze-niz-polskie-test-reportera-tvn24,316467.html ] Diabel jak zwykle tkwi w szczegolach. Jesli chodzi o Martini to polskie jest bardzo inne niz niemieckie:) A zmiana przyzwyczajen? Pod tym wzgledem trzeba duzo cierpliwosci, choc producentowi raczej nie przeszkadza zwiekszone zuzycie jego produktu :))
A ile razy się tak zdaża, że w serwisie przy przeglądzie niby wymieniają filtry, a tylko je przedmuchują, a liczą nam jak za nowe. W restauracjach też tak jest z wyjątkiem tych droższych, jednie tam jesteśmy wrabiani z ceną bo szarlotka kosztuje zamiast 8 zł to 80… Ale jak droga to pewnie lepsza….