To banalne pytanie jest ewidentnie zwodnicze. Cóż bowiem może emitować czołg? – zastanawia się genialny Piotr Bałtroczyk. Wodór? Wodę? Oczywiście, że nie.
![]()
Czołg emituje makieta. To prosta i prozaiczna prawda. Co emituje Ministerstwo Zdrowia tworząc logotyp i system identyfikacji za kilkadziesiąt tysięcy? [ Informacja RFM24.pl ] Bladego pojęcia nie mam, ale przeliczyłem natychmiast tę kwotę na ilość pluszowych misiów, którymi policjanci mogliby obdarowywać dzieci poszkodowane w wypadkach drogowych. Misiów zdecydowanie na miarę naszych możliwości. Albo opaski odblaskowe czy ledowe dla urządzających zimowe spacery wężykiem na poboczach. Dla ułatwienia dodam – poboczach ciemnych i śliskich.
Ale to nie jest najważniejsze. Ważniejsza jest owa wątpliwość, co emituje Ministerstwo Zdrowia zakupionym logotypem i systemem identyfikacji wizualnej? Nie wspomnę o kosztach materiałów.



Obywatel nie może mieć najmniejszych wątpliwości co emituje czołg. Nie tylko Obywatel RP. Każdego kraju na świecie. Jeśli otrzymuję urzędowe pismo z orzełkiem nawet w eleganckiej stylizacji, muszę być pewny wiarygodności tego urzędu. Upstrzenie go kolorowymi znaczkami, choćby najpiękniejszymi przypomina słynny portret cesarza w Szwejku. Powszechnie wiadomo jak został potraktowany przez muchy.
Znaczki, logotypy, identyfikacja wizualna państwa musi być jednolita i spójna. Wymaga tego powaga owego państwa. Tworzenie kolorowych logotypów może mieć wartość przy projektach specjalnych, oznaczaniu wyjątkowych programów czy akcji. Dla każdego kraju i jego urzędów centralnych standardowymi składnikami jego identyfikacji jest godło i flaga, nawet stylizowane. Każde miasto ma swój herb. Natomiast dziś niezliczone samorządy wpadają w swoistą manię „logotypowania” się na setki sposobów. Najczęściej efekt marny bo albo przetarg wygrywa krewny z dalszym znajomym królika albo najniższa cena. Bądźmy szczerzy. Wiedza o profesjonalnym budowaniu identyfikacji miasta jest generalnie nadal na poziomie przeraźliwie niskim, acz z paroma chlubnymi wyjątkami.
Rynek budowania identyfikacji w Polsce jest silnie zróżnicowany. W internecie na stockach za kilkadziesiąt do kilkuset dolarów, można kupić gotowe logo z przykładowymi zastosowaniami. W wielu przypadkach w ramach ceny są jego podstawowe adaptacje. Dookoła tego rynku krążą graficzne sępy, szperające w wyszukiwarce Google w poszukiwaniu „inspiracji” czyli rżnący wszystko jak leci. Tutaj też pojawiają się amatorskie cwaniaczki, „miszczunie marketynga„, robiące „konkurs na logo i hasło reklamowe„, dające laureatowi talon na balon i żeton na mieszarkę i beton. Dzieciarnia skuszona rzuca się w wir malowania w paintbrushu lub przeróbek co znamienitszych logotypów. O Allegro nie wspominam, tam też można kupić sobie rysuneczki.
Rynek agencyjny z kolei, zaczyna się od kilku tysięcy wzwyż, a górnej granicy nie ma. Profesjonalny system identyfikacji dla korpo połączony z badaniami znaku i jego testowaniem oraz opracowaniem księgi może kosztować zdecydowanie ponad sto tysięcy. Wszystko jest kwestią zbudowania systemu i przetestowania jego zastosowań.
Identyfikacja wizualna musi mieć jakiś swoj cel i dopiero wtedy można ją traktować w wymiarze inwestycyjnym. Inaczej mamy klasycznego Misia na miarę naszych możliwości, którym otwieramy oczy niedowiarkom. To jest nasze logo, przez nas zrobione i to nie jest nasze ostatnie słowo. „- Są rzeczy o których nie śniło się filozofom, a większość nich jest w Polsce” jak mawia mój ulubiony Piotr Bałtroczyk.
Panie Jacku uwielbiam Pana szybkie reakcje na takie sytuacje :), aż mi się zrymowało! Ja to nazywam mydleniem nam oczu głupotami, błahostkami i debilizmami. Bo o czymś w końcu trzeba mówić i coś robić, a jak nie pracuje się nad konkretami i ważnymi dla państwa sprawami to …
Dzieki za dobre slowo <3 :))
Analizy infobrokerskie, planowanie kampanii w Microsoft Project na razie kompletnie bezużyteczne. Mam nadzieję że korpo z tego korzystają(?). Czy to tylko uczelniane mity…