fbpx

Metal olimpijski, czyli co, komu i gdzie, nagle spada | Jacek Kotarbiński | Blog o marketingu

Metal olimpijski to nie jest medal. To jest po prostu kawałek metalu, który ma pecha, bo urodził się okrągły i od razu wszyscy chcą mu nadać sens. Leży sobie w pudełku, świeci, odbija lampy, udaje ważnego. Dalej jest tylko metalem, jak żeton do szatni, tylko droższy i z większym ego.

Dopiero kiedy ktoś zakłada go na szyję na igrzyskach olimpijskich, następuje magia. Ceremonia, muzyka, flaga, łzy i ta chwila, w której człowiek przez sekundę wygląda jak bohater filmu, a nie jak ktoś, kto przez piętnaście lat jadł kurczaka z ryżem i spał w hotelach o zapachu rozgrzanego chloru. Jak stać się sławnym w 10 sekund w Polsce? Zdobyć medal olimpijski w skokach narciarskich.

Lubisz moje teksty? Postaw kawę, miskę ryżu, albo wielkie serducho 🙂 Zobacz https://suppi.pl/kotarbinski

To teraz warsztat marketingu siada na krześle, zakłada okulary i mówi spokojnie.

– OK, to teraz wróćmy do rzeczywistości.

Z punktu widzenia marketingowego zamówienie medali olimpijskich jest jak typowe zadanie zakupowe. Każdy marketer na świecie jest zakupowcem. Zamówić okrągły metal w konkretnych ilościach, wstążkę w określonych kolorach, połączyć jedno z drugim. Tyle. Cała filozofia. Coś jak wybór długopisów firmowych. Do wyboru jest 10 wzorów. Zarząd z marketingiem wybiera trzy na jednym posiedzeniu trwającym 5 godzin. Potem z tych trzech trzeba wybrać jeden wzór. To oznacza kolejne posiedzenie zarządu trwające trzy godziny. Ok. Może trochę krócej. Pod warunkiem, że długopis spodoba się księgowej.

Wracając do medali. Przy procesie zamawiania zaczyna się prawdziwa epopeja, bo ta wstążka musi się z tym metalem spotkać w odpowiednim miejscu, w odpowiedni sposób, z odpowiednim błyskiem. Można na zaczep. Można na stałe wtopić do środka. Można przykleić czymś, co trzyma nawet rodzinne tajemnice na betonowej ścianie. Takie tam wyzwania designerskie i inżynierskie. Już wyobrażam sobie tę specyfikację, która idzie do firmy wykonawczej. Dokument grubszy niż sumienie działu zakupów. Średnica. Waga. Stop metalu. Wykończenie. Tolerancje. Kolory wstążki, najlepiej takie, żeby na rolkach wyglądały jak godność, a nie jak ręcznik po treningu.

Firma wykonawcza nie robi medalu. Firma robi produkt, który medalem staje się dopiero wtedy, kiedy cały świat umawia się, że to nie jest już metal, tylko opowieść.Metal na wstążce jest jak człowiek w garniturze z sieciówki. Sam z siebie jest tylko strojem. Dopiero kiedy postawisz go na scenie, dasz mu światło, kontekst i odpowiednią muzykę, nagle wygląda jak prezes z miliardem dolarów.

Teraz poważniej.

Włosi mają pewną szczególną umiejętność. Potrafią zrobić z ceremonii sztukę, z architektury opowieść, a z pasty niemal religię tak jak wojnę światową po zamówieniu cappuccino o osiemnastej. Kiedy wydawało się, że emocji wystarczy, do repertuaru doszedł jeszcze jeden sport poboczny. Upadek medalu na podłogę. Tyle że upadek jest niezamierzony. Medal odczepia się od wstążki, spada, obija, czasem wygląda jak po rozmowie z pralką. Potem mamy medialne śledztwo i teorie spiskowe. Czy to wina organizatora, europejskiego prawa, czy może samej idei triumfu, która nie znosi dotyku?

Lubisz moje teksty? Postaw kawę, miskę ryżu, albo wielkie serducho 🙂 Zobacz https://suppi.pl/kotarbinski

Na początku brzmi to jak anegdota do porannego espresso. Szybko jednak wychodzi na jaw, że to nie epizod pechowca, tylko powtarzający się wzór. Kolejni medaliści mówią o odpinaniu i uszkodzeniach. Temat łapie mainstream. Organizatorzy deklarują poprawki i oferują naprawy. W tle przewijają się: mennica, protokół, logistyka i cały olimpijski teatr, w którym nic nie jest „tylko wstążką”. Na igrzyskach nie ma „tylko”. Igrzyska olimpijskie to święto narodowego marketingu od początku do końca.

Wtedy pada słowo-klucz czyli breakaway. To tzw. mechanizm zrywalny, klamra, która ma się rozpiąć przy mocnym szarpnięciu. Brzmi rozsądnie. Coś wisi na szyi, tłum ściska, ktoś pociągnie, ktoś przytuli z entuzjazmem godnym niedźwiedzia, jakiś dziennikarz pociągnie na setkę do kamery, albo fan co chce zrobić selfie bez AI. Nikt nie chce, żeby po dekoracji sportowiec potrzebował jeszcze kołnierza ortopedycznego. Breakaway ma być więc małym bezpiecznikiem cywilizacji. W sumie każdy złodziej medali marzy o czymś takim.

Robi się ciekawie, bo nadal nie jest jasne czy to wymóg olimpijski, europejski, czy fantazja organizatora? W relacjach prasowych pojawia się sugestia, że mechanizm jest „wymagany prawem” albo „wymagany regulacjami bezpieczeństwa”. Brzmi poważnie. Jak coś, co ma numer paragrafu. Tyle że gdy zaczynasz szukać tej twardej podstawy, dzieje się rzecz typowa dla naszych czasów. Mocne sformułowanie żyje własnym życiem, a źródło prawne rozmywa się jak mokry śnieg.

Owszem, jest w Europie ogólna zasada, że produkty mają być bezpieczne. Istnieje obowiązek oceny ryzyka i kultura regulacyjna, która woli zapobiegać scenariuszom „coś wisiało na szyi i stało się nieszczęściem”. Tyle że to nadal nie jest jednoznaczny wymóg prawny, że medal olimpijski musi mieć klamrę typu breakaway o sile rozłączenia X. To raczej sugestia, żeby było bezpiecznie, a jak będzie inaczej, to prokurator zawsze znajdzie paragraf.

Olimpijskie przepisy? IOC oczywiście zatwierdza projekt, pilnuje protokołu i ceremoniału, ale w publicznie dostępnych dokumentach trudno znaleźć prostą instrukcję o stosowaniu zrywalnej klamry. Tu jest sedno. Wielkie wydarzenia rzadko bywają sterowane jednym przepisem. Zwykle rządzi nimi zlepek prawa, standardów, interpretacji, strachu przed ryzykiem blamażu, pamięci poprzednich wypadków i cichej rady prawnika, który nie chce być cytowany w sądzie.

Lubisz moje teksty? Postaw kawę, miskę ryżu, albo wielkie serducho 🙂 Zobacz https://suppi.pl/kotarbinski

Dlatego breakaway nie wygląda jak kaprys artysty z komitetu organizacyjnego. Bardziej przypomina myślenie, że szyja olimpijczyka ma być bezpieczna, ale nie chcemy pozwów. To zabezpieczenie moralne i proceduralne. Lepiej przesadzić w stronę ochrony niż potem tłumaczyć się na konferencji prasowej. Problem w tym, że zabezpieczenie zbyt zrywalne przestaje być zabezpieczeniem, a staje się autoparodią. Wprawdzie chroni przed uduszeniem, ale tworzy ryzyko, że medal będzie regularnie testował grawitację. Olimpijczycy z medalami w kieszeniach, a nie na szyjach, przypominają trochę klimat Stanisława Barei.

To nie pierwsze igrzyska, które miały kłopoty z medalami. W historii medale miewały humory. Rio 2016 to była rdza, plamy, zwroty, naprawy. Paryż 2024, pojawiały się skargi na łuszczenie, odbarwienia, wymiany. Bywały przypadki jednostkowe, nagłaśniane albo źle interpretowane, że złoto się wyciera, jakby symbol wieczności dostał termin przydatności. Używając nomenklatury marketingowej. Ktoś stworzył specyfikację zamówienia, szukał i wybierał wykonawcę, sprawdzał go, zamawiał i kontrolował proces. W takim samym procesie marketingowym zamawia się np. zwykłe długopisy firmowe, szczególnie kiedy po dostawie okazuje się, że przestają pisać po trzech podpisach prezesów na fakturze za te długopisy.

Tylko długopisy firmowe nikogo nie kręcą, ale medale tak. Chyba dlatego, że każdy medal, statuetka, nagroda to obiekt quasi-religijny. Noblista, laureat Oskara czy jakiegokolwiek konkursu, tudzież sportowiec nie dostaje przedmiotu, tylko materialny dowód sensu. Lata pracy, badań, wyrzeczeń, treningu, bólu, zwątpienia i powrotów. Ten dowód sensu odpina się na klipsie jak identyfikator na targach. Symbolicznie jest w tym coś pięknego i okrutnego zarazem. Nawet triumf, kiedy zawiśnie na szyi, może uznać, że woli leżeć na ziemi.

Problem wystąpił, był nagłośniony, organizatorzy deklarowali poprawki i naprawy i w mediach pojawiło się wytłumaczenie w postaci breakaway. Co jest nie do naprawienia? Emocje. Ktoś powie, że to nieistotny detal. Najczęściej tak uważa do momentu, gdy otrzyma złotą statuetkę uznania za lata wyrzeczeń, która okaże się za chwilę zwykłym, gipsowym posążkiem, z którego odpada politura po paru dotknięciach. Warto by marketerzy i organizatorzy wydarzeń wszelkiej maści pamiętali o tym, że jakość wszelkich nagród, statuetek, medali czy dyplomów musi być na najwyższym poziomie.

Igrzyska są dziś wielką maszyną do wytwarzania emocji, ale też wielką, marketingową maszyną zarządzania ryzykiem. To jak w katastrofach lotniczych. Porażka jest efektem wielu drobiazgów. Czasem te dwa światy wchodzą sobie w drogę. Z jednej strony chcesz medalu niezniszczalnego jak legenda. Z drugiej, oczekujesz bezpieczeństwa.

Sportowiec zrobi swoje i wygra. Przecież doskonale wie, że sukces to przerwa między porażkami. Nawet jeśli medal spadnie, podniesie go, otrzepie i pójdzie dalej. Prawdziwy breakaway jest gdzieś indziej. W głowie, która potrafi odczepić się od wpadek i dalej trzymać sens mocniej niż jakakolwiek klamra.

Lubisz moje teksty? Postaw kawę, miskę ryżu, albo wielkie serducho 🙂 Zobacz https://suppi.pl/kotarbinski

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry