fbpx

VALHALLUJ MNIE ALGORYTMIE | Jacek Kotarbiński | Blog o marketingu

Tuż po Superbowl 2026 rusza 3 sezon Rozbieram Reklamy. Daj follow na moim YouTube i oglądaj najciekawsze zestawienia trendów komunikacji marketingowej na świecie https://www.youtube.com/@JacekKotarbinski

Valhalla to w mitologii nordyckiej miejsce, gdzie trafiają wojownicy, którzy polegli w chwale. Z pola bitwy zabierają ich walkirie, na progu wita Bragi, a całość ma klimat wiecznego szczęścia, biesiady i poczucia, że to miało sens. Taki firmowy open space po wdrożeniu podwyżek, tylko że legenda jest bardziej prawdopodobna.

Ktoś bierze tę nazwę i przykleja do samochodu. Aston Martin Valhalla. Brzmi jak bilet w jedną stronę do krainy prestiżu, gdzie algorytm śpiewa ci ballady, a komentarze same się piszą. Kiedyś myślałem, że sława działa jak magnes na lodówkę. Wystarczy przyłożyć twarz do metalu, cyk, przyczepione, wszyscy patrzą. Przed sześćdziesiątką już wiem, że sława działa jak neon nad kebabem o trzeciej w nocy. Nie świeci, bo jest piękny. Świeci, bo ma przyciągać. Nie jest to kwestia pytania „po co?”, tylko kto stoi z boku i trzyma ring light, żeby ten neon wyglądał na droższy.

Weszliśmy w epokę, w której „niby dowód” można sobie wygenerować w minutę. Selfie z celebrytą? Proszę bardzo. Selfie z celebrytą w prywatnym odrzutowcu? Proszę bardzo. Filmik, jak celebryta mruga do ciebie i mówi „siema, bro”. Proszę bardzo. Internet jest dziś jak fotobudka na weselu, tylko zamiast wąsów i kapeluszy daje ci Brada Pitta i podpis, że wpadliście razem na kawę.

Cały lans na zasadzie, że stoisz obok czegoś drogiego, więc pewnie to masz, robi się nie tyle śmieszny, co wybitnie paździerzowy. Trochę jak telefon na korbkę, stara Nokia z wężem i miś Barei, na miarę naszych możliwości. Dziś miś ma konto na Instagramie, dziwne zasięgi i weekendowy kurs, jak wyglądać na większego krezusa, będąc małym krezusem.

Dołącz do społeczności Dobry Marketing na Linkedin https://www.linkedin.com/groups/16485045/

Dziś wystawanie obok jednego z najdroższych aut na świecie i sugerowanie, że się je może nabyło, jest dokładnie tym samym, co wstawienie zdjęcia z siłowni i sugerowanie, że to forma, a nie jednorazowy romans z bieżnią. Niby nic nie powiedziałeś. Jednak powiedziałeś wszystko.

U nas pojawił się pierwszy zarejestrowany egzemplarz pewnego hipersamochodu za cenę małego osiedla, z przydomkiem zapożyczonym z nordyckiej opowieści o sali chwały dla poległych wojowników. Zrobiło się głośno, bo pewien znany showman wrzucił zdjęcia z ironicznym podpisem. Jedni to czytali jak żart, inni jak mrugnięcie okiem, a część klasycznie. Patrzcie, ale nie pytajcie. Internet zareagował standardowo lawiną gratulacji. Klasyk.

Potem media motoryzacyjne i lokalne zaczęły dopisywać dalszy ciąg, wskazując na cały ten zestaw słów, które brzmią jak perfumy do narracji. Zaczęła się ta nasza ulubiona część współczesności, czyli festiwal domysłów, w którym nikt nie ma biletu, ale wszyscy tańczą. Czy się wiarygodnie rozstrzygnąć, czy były ustalenia, kto co publikuje i po co? Czasem się nie da. Czy da się wiarygodnie rozstrzygnąć, czy ktoś poczuł się rozczarowany? Też się często nie da. Jednak można wiarygodnie rozstrzygnąć jedno. W erze influencerów AI taka scena jest jak pokaz sztucznych ogni w południe. Niby coś się dzieje, ale w sumie każdy może to sobie odpalić w telefonie.

Dlatego ta cała celebrycka epoka skręca dziś w inną stronę. To już nie jest czas lansu, patrzcie, co mam i kim jestem. To, co niby mam, da się wyczarować w minutę. Zdjęcie, film, tło, emocja, nawet ta mina, że właśnie spełniłem swoje marzenie. Wszystko do zrobienia bez marzenia.

Wbrew pozorom, zaczyna się era doceniania autentyczności i wiarygodności, bo jarmarczne sztuczki przestają działać. Odbiorca nie kupuje już błyskotek, tylko zadaje jedno, proste pytanie. Dlaczego mam ci wierzyć, skoro twoje zdjęcie może być tak samo prawdziwe, jak uśmiech na fotografii do dokumentu. Niby jest, a jednak nikt go nie pamięta.

Autentyczne i wiarygodne jest coś, czego nie da się wygenerować przez AI ani dopalić podpisem. Przytulenie dziecka w hospicjum. Wizyta u fana w szpitalu, kiedy to spotkanie jest dla niego ważniejsze niż cały internet razem wzięty. Obecność, która nie potrzebuje kadru, żeby mieć sens. Jeżeli już w kadrze się pojawia, to z jakimś istotnym sensem, przesłaniem, inspiracją, lekcją. Czymś, co dzięki zasięgom celebryty czy influencera, jest przekuwane w fajną, pozytywną wartość.

Wystawanie przy wypasionej bryce i sugerowanie, że właśnie się ją nabyło, brzmi dziś jak tandetna fanfara z jarmarku. Kiedyś robiło wrażenie. Dziś jest tylko obciachem, bo każdy widzi, że to nie jest historia o sukcesie, tylko o tym, że komuś zabrakło pomysłu na treści i musiał ją zastąpić lakierem.

Dołącz do społeczności inspirujących książek dla biznesu https://www.linkedin.com/groups/16488047/

Teraz najlepsze. Wiele osób dalej myśli, że jak dołożą do zdjęcia jacht, auto, samolot, zegarek wielkości budzika i podpis, że ciężko na to pracowałem, to internet zaraz dostanie amoku. Coś jak „Kilroy was here” w społecznościowej wersji Tony Halika. Tymczasem dzisiaj internet nie jest już publicznością w teatrze. Internet staje się komisją wiarygodności i autentyczności. Patrzy, stempluje, pyta o załączniki. Sprawdzi Cię w 30 sekund.

Co celebryci robią tym barejowskim misiem? Robią z niego totem. Symbol. Ołtarzyk prestiżu, przy którym klękają algorytmy. Tylko że ten miś już nie działa na ludzi jak kiedyś. Ludzie są dziś po praktycznym szkoleniu z podejrzliwości, szczególnie jak dostają mailem wiadomości o wielkim spadku, wieści od miliarderów o możliwości odebrania fortuny czy wiadomość od nieznanego im członka rodziny, by wysłać blika na waciki. Codziennie każdy ma w feedzie tysiąc cudów, więc kolejny cud w postaci „oto ja i superauto” jest jak kolejny, zautomatyzowany crosselling w Żabce. Nikt już nie reaguje, tylko wszyscy tylko mrużą oczy.

Ważna informacja dla influencerów i celebrytów. Nie jest potrzebne do lansu absolutnie żadne auto, jacht czy samolot. AI zrobi to bez zbędnych ceregieli. Tylko po co? Jeśli wszystko da się podrobić, to jedyne, czego nie da się łatwo podrobić, to konsekwencja, sens i prawdziwy powód, dla którego ktoś w ogóle cię ogląda.

Tak. Są na to konkretne badania i przykłady. Warto zajrzeć do „Influencer marketing, czyli ekonomia twórców XXI wieku”.

Inaczej kończy się to tak, że stoisz obok tej pięknej Valhalli, a internet i tak widzi w tle tego samego misia Stanisława Barei. Tylko tym razem miś ma tryb portretowy i wszyscy klaszczą. Tylko że tak się klaszcze, kiedy kolega opowiada żart, który słyszałeś już pięć razy.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry