fbpx

Widzi misie w marketingu

W ’97r. organizowałem szkolenie pn. „Controlling marketingowy”. Na 500 wysłanych ofert, wróciło 1 zgłoszenie i 115 zapytań, co to jest controlling marketingowy. Na inne zajęcia z budżetu marketingowego, poprosiłem o zabranie kalkulatorów. Jedna z uczestniczek była zdziwiona. – Kalkulatory? A w marketingu coś się liczy? Pracuję już pięć lat i w marketingu jeszcze niczego nie liczyłam. I deser. Pewna poważna organizacja robiła ranking na „Marketera Roku”. Na krótkiej liście trzech pretendentów znalazł się prof. Philip Kotler jak też szacowny i uznany profesor pewnej polskiej uczelni oraz lubiany przeze mnie kolega, szef agencji reklamowej. Przyznam, że wybór był nie tyle trudny ile szczególnie groteskowy.

20130213-120942.jpg

Działy marketingu spowijane są oparami indolencji. Niestety, nie od dzisiaj. To o czym pisze Jacek Prześluga na swoim blogu czy Patryk Bryliński – Junior Brand Manager jest swoistym papierkiem lakmusowym branży marketing services (MS). Główną winą marketera jest indolencja zawodowa i brak szacunku do pracy agencji czy dostawcy. Główną winą agencji jest chęć zarobienia lub wydojenia pieniędzy z klienta czasem za wszelką cenę.

Największym problemem branży MS jest dziś brak transparentności. Wszyscy mówią, że zrobią wszystko. Agencje reklamowe mieszają kompetencje z PR, te z social media, a te z kolei z SEO i SEM. Wszyscy zrobią kreację, monitoring i badania. Większy przetarg oznacza kakofonię propozycji i wyścig kto będzie tańszy. Niestety, wyścigów jakościowych pomiędzy brandami zdecydowanie brak. Jeśli wyścig, to najczęściej „lobbystyczny”. Ale lobbing MS wiadomo czym się kończy. Mam zabronione o [censored] … tym pisać, ale podobno 30 do 50% deali robionych jest właśnie w taki sposób. I to jest rak zżerający branżę.

W działach marketingu pracują często ludzie przypadkowi. Jedni tam trafili, bo szef uznał, że się będą nadawać. Inni, bo ktoś uznał, że skoro do niczego się nie nadają, to niech pracują w marketingu. Jeszcze inni, uznając, że nie nadając się do niczego, sprawdzą się w marketingu, bo tam nic nie trzeba umieć. Wystarczy się uśmiechać uroczo, wypełniać tabelki, a całą resztę zrobią agencje. Konfrontowani są z ludźmi trafiającymi do marketingu, bo tego chcą. Pasjonują się tworzeniem marki, zarządzaniem nią. Lubią poprzez badania odkrywać ciekawe relacje społeczne. Kochają fajne reklamy i znają najlepsze na świecie. Fascynują się designem, ale i potrafią kalkulować. Te dwa różne typy ludzi spotykają się często w jednym zespole. Dokoptowuje im się jeszcze paru studentów marketingu, którzy nienawidzą Kotlera bo musieli nocami zakuwać definicje do egzaminu…

Potem przychodzi boss. Zasadniczo marketing kojarzy mu się z wciskaniem bubli poprzez reklamę. Ma jasno i wyraźnie definiowalny stosunek do działu marketingu – wyciskają kasę i trzeba ich utrzymywać, bo konkurencja niestety „się reklamuje”. Czyli my musimy też. Dyskusja o działaniach marketingowych krąży wokół narzędzi. A najlepiej, żeby agencje podrzuciły parę pomysłów i kreacji, za darmo, my im potem pięknie podziękujemy, nie zapłacimy (bo przecież za kreację się nie płaci), zrobimy misz-masz projektów, a akcję zrobi ostatecznie szwagier prezesa. Przecież też ma agencję. Gadżetową.  Ale social media też zrobi, a cooo …

Profesjonalne relacje agencji i marketera, wymagają nie tylko dialogu i edukacji. Przede wszystkim dobrej woli i zrozumienia biznesu oraz szacunku obu stron. Agencja, której stale nie płaci się za prace kreatywne, szukać będzie desperacko alternatywnych rozwiązań. Co wcale jej nie usprawiedliwia. Szef marketingu, z decydentem, któremu co chwila zmienia się koncepcja i „widzimisię”, skończy jako ostatni arogant z którym będą pracować ostatni szmaciarze, albo zmieni firmę, szanując portfel swoich dostawców. Na „widzimisięznawstwie” firm poległa niejedna agencja, o zawalonych weekendach ( „na poniedzialek 9 rano ma być!”) czy rozbitym życiu rodzinnym („tata kolejną noc przerabia projekt w kwiatuski”) nie wspominając. Uniknę opisywania administracji wielu firm, które w plebiscycie wybierają długopis firmowy, czy o małżonkach właścicieli wybrzydzających w kreacjach reklamowych, nie posiadając żadnej wiedzy ani o targecie, ani o komunikacji marketingowej.

Działy marketingu działają często akcyjnie, bez strategii i choćby modelu działania. Debeściarze rynkowi uważają, że im „ten cały marketing niepotrzebny”. Załatwi wszystko agencja reklamowa – po co robić jakieś zamieszanie. Jakoś się kręci, do czasu pierwszego tąpnięcia sprzedaży. A wtedy jest „olaboga, zróbta coś chłopy bo dubla nie będzie”. Jak wyjdzie, jest dobrze. Jak nie, dział marketingu na zieloną trawkę. I tak co dwa lata. Największa rotacja pracowników w Polsce jest w działach marketingu, sprzedaży i agencjach reklamowych.

6 komentarzy do “Widzi misie w marketingu”

  1. Aleksander Pietrzak

    Miło się czytało pański wpis, a pewnie i prawdy w nim dużo. Jedynie w kolesiostwo na poziomie 30-50% ciężko wierzyć.

    1. Taak, na poziomie wszelkiej maści Urzędów tzw. kolesiostwo jest 2x większe, niż tu opisane. Ale często Agencje dostają w różny sposób pieniądze za projekty, tylko potem i tak jest inny realizowany (często bohomaz), przygotowany przez „protegowanych”. Oczywiście protegowani też dostają pieniądze. W końcu Urząd to nie firma i nie musi się ograniczać…

      Na poziomie polskich średnio dużych firm albo samodzielnych polskich oddziałów dużych firm zjawisko da się określić jako bufonadę Wszystkowiedzącego Prezesa / dyrektora oddziału, z konsekwencjami opisanymi wyżej. Z naprawdę dużymi firmami pracuje się w miarę bezboleśnie – albo grafik z Agencji jest „ręką” dla organizmu marketingu, precyzyjnie sterującego wszelkimi ruchami, albo dostaje wolną rękę w pewnych mniej lub bardziej określonych polityką firmową „ramach” i „celach”.

      Najprzyjemniejsza jest współpraca Agencji Reklamy z średnimi firmami za granicą (nie mylić z oddziałem w Polsce), w których funkcjonuje marketing faktycznie sterujący produkcją na podstawie badań rynkowych i od którego otrzymuje się wraz z bardzo ściśle określonymi celami i profilami odbiorców reklamy z podaniem oczekiwanej skuteczności wolną rękę w ramach określonego funduszu i aktualnych, firmowych trendów. Osiągasz cele – współpracujesz w ramach własnych pomysłów, a akceptacja jest formalnością. Nie osiągasz – spadasz…

  2. jakie to prawdziwe…

    dopiero dziś (dlaczego tak późno?!) odkryłam tego bloga i mam lekturę na cały weekend. Rzadko się widzi bloga na TAKIM poziomie, gratulacje, serio

  3. O kurcze! Mocny felieton. Ciekawe czy po 8 latach nadal tak postrzega Pan naszą branżę. Ja widzę ją zupełnie inaczej. Widzę dużą świadomość tego, że wszystko powinno być mierzalne, zwłaszcza w digitalu, gdzie dane tak łatwo możemy zebrać. Prezesi też już chyba zrozumieli, że dział marketingu to nie ulotki, obrazki i wydatki, a liczby, leady i przychody.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry