Ponieważ po wpisie o misiach 🙂 zalała mnie fala Waszych pytań, odpowiadam notką, jakie moim skromnym zdaniem, są najważniejsze determinanty opisanego stanu rzeczy i relacji w marketingu:
- „Kotleryzm” – budowa wiedzy o marketingu w oparciu o podstawowy podręcznik prof. Philipa Kotlera. Jest to doskonała pozycja i kluczowa dla marketingu na świecie od 45 lat. Jednak nie zawiera tak niezbędnego w Polsce mikromarketingu – wiedzy, którą większość studentów powinna opanować w praktyce (różnica mikro- i makromarketingu przypomina różnice mikro- i makroekonomii. Marketing na poziomie korporacyjnym jest trochę inny niż w przypadku hurtowni spożywczej, pomimo podobieństwa marketingu mix).
- „Brak praktyki” – studenci marketingu nie realizują projektów mikromarketingowych, nie pomagają np. organizacjom charytatywnym tworzyć marek czy USP; zarządzanie pełnymi projektami marketingowymi powinno być skladnikiem nauczania.
- Rozwój „sierżantów marketingu” – pisałem o tym w notce o tym samym tytule.
- „Tego powinien słuchać mój szef” czyli zdanie, które bardzo często słyszę podczas warsztatów, konferencji czy workshopów. Pierwszym marketerem w firmie jest właściciel czy prezes zarządu. Ich wiedza o kompetencjach marketingu decyduje o tym jak wygląda praca tego działu
- Brak doskonalenia twardych umiejętności szczególnie w formach case studies i gier decyzyjnych. Marketer musi nieustannie rozwiązywać rynkowe krzyżówki, inaczej mózg mu utyje.
- Stereotypowe myślenie o marketingu, w którym profesjonalizm często musi udowadniać, że nie jest wielbłądem [patrz rynkologia].
- Brak profesjonalnego dialogu marketerów i sektora marketing services o standardach współpracy. Nie istnieją obecnie na rynku np. jakiekolwiek profesjonalne i sensowne wydarzenia, które próbują zmienić ten stan rzeczy.
- Przypadkowość doboru ludzi do pracy w komórkach marketingu – pokażcie mi ogłoszenia rekrutacyjne :)), a powiem Wam czy szukają brand managera czy kolejnego handlowca, ładnie nazwanego.
- Wybitna mnogość „speców”, „ikspertów„, „fachowców”, „markietanek” – każdy Polak zna się na marketingu, bo jakżeby inaczej?
- Łatwe uleganie trendom, modom, podchwytywanie zasłyszanych światowych (czytaj: amerykańskich) nowinek, które nijak nie pasują do stanu rozwoju polskiego rynku.
- Myślenie o roli marketingu wyłącznie w kontekście narzędzia doprowadzającego do sprzedaży (wspomagającego). To skutkuje najczęściej źle działającymi procesami marketingu i sprzedaży w każdej firmie.
Pewnie można dopisać jeszcze kilka, ale powyższe wydają się najistotniejsze.