fbpx

WIELKA DRAKA ANIOŁÓW W KAWALERCE | CANCER FIGHTERS | Jacek Kotarbiński | Blog o marketingu

Witaj w świecie influencer marketingu. Akcja Łatwoganga dla Fundacji Cancer Fighters była jedną z największych mobilizacji charytatywnych w historii polskiego internetu. Jej rdzeniem był dziewięciodniowy stream na YouTube Piotra Garkowskiego „Łatwogang”, uruchomiony wokół utworu Bedoesa 2115 i Mai Mecan „Ciągle tutaj jestem (diss na raka)”. Mechanizm był prosty. Twórca słuchał utworu przez kolejne dni, a transmisja stała się otwartą sceną dla darczyńców, influencerów, artystów, sportowców i firm. Według Reutersa stream trwał od 17 do 26 kwietnia 2026 r., zakończył się o 21:37 czasu polskiego i zebrał ponad 250 mln zł dla dzieci chorujących onkologicznie. W szczycie transmisję miało oglądać ok. 1,4 mln osób jednocześnie. Tutaj można śledzić postęp zbiórki na bieżąco.

W Polsce akcja szybko wyszła poza środowisko streamerów. Stała się wydarzeniem społecznym. Komentowały ją media informacyjne, rozrywkowe, sportowe i biznesowe, a sama zbiórka była relacjonowana niemal jak wydarzenie na żywo. Ważny był efekt wspólnotowy. Wiele osób nie tylko wpłacało pieniądze, ale także udostępniało stream, nagrywało reakcje, podejmowało wyzwania i śledziło kolejne progi finansowe. Business Insider przywołał raport Res Futury, według którego 97 proc. komentarzy wokół zbiórki miało sentyment pozytywny, co pokazuje wyjątkowo szeroki, afirmatywny odbiór społeczny.

Mechanizm viralowości opierał się na kilku elementach. Bardzo prostym formacie, silnym emocjonalnym symbolu, czyli dziecko chore na nowotwór i utwór „dissujący raka”, stałym liczniku wpłat, publicznych progachnatychmiastowej reakcji społeczności. Każda większa wpłata, wejście znanej osoby, nagły gest solidarności albo przekroczenie kolejnego progu tworzyło nowy powód do udostępnienia. W efekcie akcja działała jak kula śnieżna. Większy zasięg przyciągał znane osoby i firmy, ich obecność przyciągała media, media zwiększały wiarygodność i skalę, a to z kolei uruchamiało kolejne wpłaty. Kiedyś mawiano, że jeżeli czegoś nie ma w mediach, to nie istnieje. Dziś warto zweryfikować tę hipotezę. Nie istnieje coś, czego nie ma w internecie.

Istotną rolę odegrały osoby publiczne. W akcję włączyli się m.in. Robert i Anna Lewandowscy, Iga Świątek, Wojciech Szczęsny, Lamine Yamal, Adam Małysz, Katarzyna Nosowska, Maffashion, Maciej Musiał i wielu innych. Rzeczpospolita informowała, że Lewandowscy wpłacili milion złotych, a Wojciech Szczęsny uruchomił dodatkowy viralowy impuls, zapowiadając udział Lamine’a Yamala po osiągnięciu określonego progu zbiórki.

Duże znaczenie miało także wejście firm, które zaczęły rywalizować skalą wpłat. Według zestawienia Business Insidera największe wpłaty obejmowały m.in. InPost 6,3 mln zł, XTB 6,2 mln zł, , Zen.com 5,5 mln zł, Kuchnia Vikinga 5,1 mln zł, WK DZIK® , 5 mln zł, Budimex 3 mln zł, Tymbark Grupa Maspex 2,51 mln zł, Lidl Polska 2,15 mln zł oraz kolejne wpłaty marek na poziomie miliona złotych i więcej.

Efektem ubocznym akcji była nie tylko rekordowa suma pieniędzy. RMF24 informował, że dzięki mobilizacji internautów Fundacja DKMS odnotowała wzrost bazy potencjalnych dawców szpiku o ponad 36 tys. osób. To pokazuje, że akcja przekroczyła wymiar samej zbiórki i stała się kampanią świadomościową dotyczącą chorób nowotworowych, solidarności z pacjentami i potrzeby realnego wsparcia rodzin.

Międzynarodowo akcja została opisana jako fenomen polskiego internetu i jedna z największych charytatywnych transmisji live na świecie. Zagraniczne media podkreślały, że prosty, niemal minimalistyczny format, jeden pokój, jedna piosenka, stała transmisja i kolejne wejścia gości, wygenerowały ponad 50 mln EUR oraz przyciągnął uwagę także dzięki udziałowi takich osób jak Chris Martin, Iga Świątek i Robert Lewandowski.

Akcja Cancer Fighters pokazała, że współczesny viral charytatywny nie musi zaczynać się od wielkiej instytucji ani perfekcyjnej kampanii reklamowej. Wystarczy silny symbol, prosty mechanizm uczestnictwa, publiczny licznik efektów, społeczność gotowa do działania oraz moment, w którym osoby znane, firmy i media zaczynają wzajemnie wzmacniać swój udział. Wtedy internetowa transmisja przestaje być tylko streamem, a staje się ruchem społecznym.

Zasięgi internetowe

Według monitoringu Brand24 w głównym okresie trwania akcji, czyli od 15 do 29 kwietnia 2026 roku, Fundacja Onkologiczna Cancer Fighters i streaming wygenerował 42,6 tys. wzmianek i osiągnął zasięg na poziomie 1,74 mld. To skok o wyjątkowej skali w porównaniu z poprzednim okresem, od 31 marca do 14 kwietnia, kiedy odnotowano jedynie 294 wzmianki i 44,1 mln zasięgu. Oznacza to wzrost o 14 378% pod względem liczby wzmianek oraz o 3 841% pod względem zasięgu.

Dane te pokazują jeden z najbardziej spektakularnych przykładów wiralowego przyspieszenia w polskiej przestrzeni internetowej. W ciągu kilku dni projekt przeszedł drogę od relatywnie niszowej inicjatywy do masowego zjawiska medialnego o zasięgu ogólnopolskim, a następnie również międzynarodowym. Mechanizm kuli śnieżnej był tu szczególnie widoczny. Rosnąca liczba publikacji, udostępnień, wpłat i reakcji społecznych wzajemnie się wzmacniały, zamieniając akcję charytatywną w szeroko komentowane wydarzenie społeczne.

Treść artykułu
Źródło: Brand24

Według badań Instytut Monitorowania Mediów IMM zaangażowanie w mediach społecznościowych wokół akcji osiągnęło poziom dotąd niespotykany w historii polskich zbiórek charytatywnych. Choć ostatni finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy miał zdecydowanie mocniejsze wsparcie mediów klasycznych (prasa, portale, radio, TV), spontaniczna inicjatywa Łatwoganga zdominowała social media przez kilka dni, generując siedmiokrotnie większe zaangażowanie internautów niż ostatni finał WOŚP w analogicznym czasie.

Treść artykułu
Źródło: Instytut Monitorowania Mediów

Siła sprawcza twórców internetowych

Streaming na żywo przez długi czas kojarzył się głównie z patostreamerami, alkoholem, przekleństwami i przemocą transmitowaną w czasie rzeczywistym. Podobnie wizerunek influencera często bywał sprowadzany do obciachowego lokowania produktów, kanapek reklamowanych za kilkanaście tysięcy złotych albo egzotycznych akcji z Dubaju, gdzie nad miastem latają drony, a uśmiechnięty twórca zapewnia, że jest bezpiecznie, bo przecież „sam niczego nie widział”.

Tymczasem akcja Łatwoganga pokazuje coś znacznie ważniejszego. Ujawnia kilka istotnych elementów zmieniającego się świata komunikacji, w którym twórcy internetowi mają dziś siłę wpływu społecznego porównywalną z klasycznymi mediami, a czasem nawet ją przekraczającą. Dokładnie opisywałem ten mechanizm w monografii “Influencer marketing czyli ekonomia twórców XXI wieku”.

Influencer może stworzyć ze swojej społeczności armię aniołów lub armię zombie. Wybór należy do niego. Pisałem o tym dokładnie zarówno w książce, jak i komentując na gorąco temat dla mediów.

Nie chodzi już tylko o zasięgi, liczbę obserwujących, lajki, komentarze czy emotikony pod postem. Prawdziwą miarą wpływu staje się sprawczość, czyli zdolność pobudzania ludzi do konkretnego działania. To jedno z najważniejszych pojęć w dzisiejszym świecie twórców internetowych. Pytanie brzmi nie tylko „ile osób to zobaczyło?”, ale przede wszystkim „ile osób coś zrobiło?”. Czy udało się przekonać ludzi do wpłaty? Do udostępnienia zbiórki, udziału w akcji, realnej pomocy? Wyjścia poza bierne kliknięcie i wykonania gestu, który ma znaczenie? Właśnie ta sprawczość jest szczególnie widoczna w akcjach charytatywnych. Wpływ twórcy można tu zmierzyć najuczciwiej. Nie przez deklaracje, nie przez medialny szum, nie przez zachwyty nad „zaangażowaną społecznością”, ale przez konkretny efekt. Zebraną kwotę, liczbę darczyńców, tempo mobilizacji i potem realną pomoc udzieloną ludziom w potrzebie.

Łatwogang udowodnił, że twórca internetowy nie musi być jedynie nośnikiem reklamy, twarzą kampanii albo producentem rozrywki. Myślę, że przełamuje też złą prasę wokół zagadnienia, kim jest influencer. Może już czas, by profesjonalne media i influencerzy zaczęli ze sobą normalnie i poważnie rozmawiać, a nie dissować się zza rogu.

Influencer może stać się animatorem społecznej energii, uruchomić wspólnotę i zamienić uwagę odbiorców w działanie poprzez mechanizm viralowości, który zamienia się w internetową kulę śniegową. To ściąga uwagę innych twórców, aktorów, sportowców, celebrytów, przyciąga duże stacje telewizyjne oraz zadziwia świat. Efekt? 282 741 778,76 PLN (stan na 27.04.2026 r. 21:00). Kwota zebrana przez małą dziewczynkę, rapera i streamera, w warszawskiej kawalerce, przy pomocy komputera, mikrofonu, kamerki, internetu i odrobiny doświetlenia.

Twórca internetowy staje się dziś jedną z najcenniejszych form wpływu. W świecie, w którym wszyscy walczą o uwagę, istotne jest, kto potrafi przekuć uwagę w dobro, decyzję i realną zmianę.

Streaming. Od transmisji na żywo do nowego języka internetu

Streaming przez długi czas był kojarzony dość wąsko. Dla jednych oznaczał sprzedaż na żywo, dla innych patostreaming, dla jeszcze innych webinary, konferencje online albo transmisje graczy. Tymczasem streaming jest czymś znacznie szerszym. To jeden z najważniejszych modeli komunikacji cyfrowej ostatnich trzydziestu lat. Zmienił media, edukację, handel, rozrywkę, marketing, politykę, sport, kulturę i relację między nadawcą a odbiorcą.

Początki streamingu sięgają lat 90. Jednym z przełomowych momentów było pojawienie się RealAudio Playera w 1995 roku, który spopularyzował internetowe przesyłanie dźwięku, a później także wideo. Druga fala popularności przyszła wraz ze streamingiem filmów i seriali. Trzecia fala to streaming społecznościowy i transmisje na żywo. Twitch wyrósł na największą platformę streamingu gier wideo. To ważne, bo pokazał, że ludzie chcą oglądać nie tylko gotowy, zmontowany materiał, ale także samo wydarzenie, proces, reakcję i osobowość prowadzącego. W tym momencie przestał być tylko technologią. Stał się relacją.

Streamer nie jest klasycznym prezenterem. Jest gospodarzem cyfrowego pokoju, w którym spotyka się społeczność. To dlatego tak dobrze pasuje do współczesnej kultury, jest szybki, interaktywny, emocjonalny i bliski. Streaming świetnie nadaje się do zbiórek, aukcji charytatywnych, koncertów pomocowych, maratonów gamingowych, rozmów z ekspertami czy transmisji wydarzeń społecznych. Daje emocję wspólnego uczestnictwa. Ludzie widzą cel, słyszą historię, obserwują postęp zbiórki i czują, że są częścią większej sprawy.

Streaming ma też swoją ciemną stronę. Jednym z jej najbardziej znanych przykładów jest patostreaming. Badacze opisywali go jako zjawisko, analizując treści publikowane przez rozpoznawalnych patostreamerów oraz problemy prawne związane z odpowiedzialnością twórców, widzów i platform. Patostreaming pokazał, że mechanika streamingu może wzmacniać nie tylko dobro, wiedzę i sprzedaż, ale także przemoc, wulgarność, upokorzenie i zachowania autodestrukcyjne. Widz nie jest tu biernym odbiorcą. Czasem wpłaty, komentarze i prowokacje wpływają na zachowanie transmitującego. To jedna z najbardziej niepokojących cech złego streamingu, bo patologia zostaje nagrodzona uwagą, a uwaga może zostać zamieniona na pieniądze.

Streaming trzeba rozumieć nie tylko jako narzędzie technologiczne, ale jako mechanizm społeczny. Sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły. Wszystko zależy od celu, formatu, twórcy, moderacji, modelu monetyzacji i kultury społeczności. Ten sam mechanizm może służyć webinarowi medycznemu, szkoleniu akademickiemu, sprzedaży kosmetyków, koncertowi charytatywnemu, transmisji gracza albo patologicznemu widowisku.

Obecnie streaming dojrzewa. Przykładowo, sprzedaż live w streamingu hula w Azji. Nie jest już ciekawostką ani dodatkiem do komunikacji. Stał się jednym z podstawowych formatów obecności w internecie. Największa siła polega na tym, że łączy trzy rzeczy: obraz, czas rzeczywisty i wspólnotę. Obraz buduje emocje. Czas rzeczywisty daje poczucie autentyczności. Wspólnota sprawia, że widzowie nie tylko oglądają, ale uczestniczą.

Streaming nie jest tylko kolejnym formatem. Jest lustrem współczesnej kultury, bo pokazuje, czego szukamy, komu ufamy, za co płacimy, co nas porusza i jak bardzo chcemy być obecni w życiu innych ludzi, nawet jeśli dzieje się ono po drugiej stronie ekranu.

Treść artykułu
Piotr Garkowski „Łatwogang” fot. Filip Naumienko

Jak działają akcje charytatywne?

Jest 2017 rok. Fundacja Alivia zdobywa złote EFFIE za kampanię “Wojna z rakiem”. Ten projekt sprzed dziesięciu lat, którego kampania rozpoczęła się w 2016 roku, ma wiele wspólnego z mechanizmem uruchomionym później przez wyjątkową akcję Cancer Fighters. Łączy je jedno. Sposób opowiadania o pomocy. Witaj w świecie komunikacji transmedialnej.

Kampania Alivia nie błagała o litość. Nie budowała przekazu wyłącznie na cierpieniu, bezradności i łzach. Zamiast tego mobilizowała do wsparcia w walce. Nie ustawiała osoby chorej w roli biernej ofiary, lecz pokazywała ją jako kogoś, kto staje do pojedynku. Trudnego, nierównego, czasem dramatycznego, ale jednak pojedynku.

To bardzo ważna różnica. Ludzie często uciekają od komunikatów opartych wyłącznie na smutku, bo nie potrafią ich udźwignąć. Kiedy zostają zmotywowani do walki, pojawia się inna energia. Wsparcie przestaje być aktem współczucia, a staje się gestem solidarności. Darczyńca nie tylko pomaga, on staje obok wojownika.

Polacy szczególnie dobrze reagują na taki kod komunikacyjny. Kiedy ktoś wzywa do walki, potrafimy się mobilizować. Mamy w zbiorowej wyobraźni głęboko zakorzenione doświadczenie oporu, uporu i stawania po stronie słabszych. To dziedzictwo po przodkach nie zawsze objawia się w wielkich słowach. Często widać je właśnie w konkretnym geście, wpłacie, udostępnieniu, organizacji zbiórki, licytacji czy lokalnej akcji pomocy. Dlatego siła takich kampanii polega nie tylko na celu, lecz także na narracji. Nie chodzi o to, by prosić ludzi o litość. Chodzi o to, by zaprosić ich do wspólnej sprawy. Do walki o zdrowie, życie, godność i nadzieję.

W streamingu Cancer Fighters bardzo mocno wybrzmiał mechanizm walki, nie litości. Łatwogang wykorzystał go intuicyjnie, spontanicznie i przez to niezwykle wiarygodnie. Owa spontaniczność i wiarygodność jest jednym z najważniejszych źródeł prawdziwości w świecie twórców internetowych.

Piotr Garkowski i rapper Bedoes 2115 nikogo nie udawali. Nie wcielili się w role zawodowego prezentera, rzecznika kampanii ani perfekcyjnie przygotowanego ambasadora marki. Byli sobą po prostu. Właśnie dlatego to zadziałało. Nie musieli niczego nikomu udowadniać, bo efekt powiedział więcej niż jakakolwiek deklaracja.

Akcja Łatwogangu pokazuje, że w komunikacji twórcy internetowego ogromne znaczenie ma forma żywej, prawdziwej komunikacji. To jest możliwe wyłącznie w streamingu, bo żadne media nie są w stanie sobie pozwolić, by nadawać non stop, 24 godziny na dobę, przez kilka dni. Streamer może to zrobić w każdej chwili. Poza tym … Tu nie ma powtórek i każde słowo wpada na żywo. Akurat Bedoes świetnie i zabawnie tego doświadczył.

Słowa mogą ustawiać człowieka w pozycji ofiary albo wojownika. Mogą wywoływać chwilowe wzruszenie albo długotrwałą mobilizację. Mogą zamykać odbiorcę w poczuciu bezradności albo dawać mu prostą odpowiedź. Możesz wejść do tej walki razem z nami.

Polak potrafi pomagać

Polak potrafi. To zdanie bywa czasem wypowiadane z ironią, czasem z dumą, czasem z lekkim wzruszeniem. Wystarczy spojrzeć na skalę pomocy charytatywnej, która uruchamia się w Polsce wtedy, gdy ktoś naprawdę potrzebuje wsparcia.

Polak potrafi zorganizować zbiórkę, koncert, aukcję, kiermasz, bieg, licytację, transmisję internetową, sprzedaż ciast, mecz dobroczynny i setki innych działań, które mają jeden prosty cel. Czasem chodzi o dziecko walczące z chorobą, o dorosłego po wypadku, o rodzinę, która straciła dom, czy o kogoś, kto nagle znalazł się w sytuacji, której sam nie udźwignie. Więcej. Jak Polak się wkurzy, zrobi to 10x lepiej. – Co? JA nie potrafię? Potrzymaj mi piwo.

Wielkie symbole tej pomocy znamy wszyscy. Fundacja Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocyi Jerzy Owsiak od lat pokazują, jak ogromną siłę może mieć społeczna mobilizacja. Cancer Fighters przypomina, że walka z chorobą to nie tylko medycyna, ale także wspólnota, psychika, obecność i wiara w drugiego człowieka.

Pomoc przychodzi z różnych stron. Działają wielkie fundacje związane z mediami, fundacje tworzone przez firmy i marki, które coraz częściej rozumieją, że społeczna odpowiedzialność nie może być jedynie hasłem z prezentacji korporacyjnej. Tak, to prawdziwa cecha Marki 5.0. Zaangażowanie społeczne. Działają organizacje pozarządowe, czasem dobrze znane, czasem niemal anonimowe, prowadzone przez ludzi, którzy od lat robią swoje bez fleszy, czerwonych dywanów i wielkich kampanii wizerunkowych.

Działa też coś jeszcze. Zwykły ludzki odruch. Ktoś udostępnia post. Ktoś wpłaca dziesięć złotych. Ktoś organizuje lokalną licytację. Inny piecze ciasto, oddaje obraz, książkę, usługę, konsultację, rękodzieło, koszulkę z autografem. Ktoś dzwoni do znajomych. Nagle wokół jednej osoby powstaje krąg ludzi, którzy wcześniej często się nie znali. Łączy ich nie ideologia, nie interes, nie polityka, ale proste przekonanie, że w obliczu cierpienia nie wolno stać obojętnie. I to jest olbrzymia wartość społeczna.

Pod grubą warstwą permanentnego braku czasu, uważności, codziennego zmęczenia, sporów, nieufności i medialnego hałasu wciąż istnieje w nas ogromny kapitał empatii. Ludzie potrafią się skrzyknąć, działać szybko i przekraczać podziały.  Nie każda pomoc musi być wielka i każda wpłata musi mieć sześć zer. W charytatywności najważniejsza jest suma małych gestów. Jeden człowiek nie zawsze może uratować sytuację. Tysiąc ludzi, którzy zrobią drobną rzecz, potrafi stworzyć realną zmianę. W tym tkwi siła społecznej solidarności: w przekonaniu, że nawet mały gest ma znaczenie, jeśli staje się częścią większego ruchu dobra. Skalowalność w wymiarze influencer marketingu. To właśnie udowodniła zbiórka dla Cancer Fighters. Skalowalność osiągnięta mechanizmem viralowości.

Wielkie fundacje, medialne kampanie, działania marek, organizacje pozarządowe, lokalne inicjatywy i spontaniczne akcje pojedynczych ludzi tworzą razem potężny ekosystem pomocy. Nieidealny, różnorodny, czasem chaotyczny, ale głęboko ludzki.

Nie zawsze jesteśmy zgodni. Nie zawsze umiemy ze sobą rozmawiać. Nie zawsze potrafimy budować trwałe instytucje. Kiedy trzeba pomóc w konkretnej sprawie, bardzo często potrafimy stanąć na wysokości zadania.

Między spontaniczną zbiórką a systemem

Jest w Polsce masa akcji charytatywnych. Pojedyncze zbiórki, fundacje, prośby o przekazanie 1 procent podatku, dramatyczne apele rodziców, przyjaciół, znajomych i zupełnie obcych ludzi. Codziennie ktoś prosi o pomoc. Na leczenie, rehabilitację, operację, sprzęt. Czy na terapię, która gdzieś istnieje, ale jest poza zasięgiem zwykłego człowieka.

Za każdą taką prośbą stoi konkretna historia. Nie statystyka, nie wykres, lecz prawdziwy człowiek. Dziecko, dorosły, senior, rodzina, która nagle odkrywa, że choroba nie jest tylko diagnozą, ale także organizacją życia, pieniędzy, transportu, dokumentów, nadziei i strachu. W takich momentach społeczeństwo często pokazuje swoją najpiękniejszą twarz. Ludzie wpłacają pieniądze, udostępniają posty, organizują biegi, koncerty, licytacje, kiermasze, aukcje i lokalne wydarzenia. Nagle okazuje się, że wokół cierpienia buduje się wspólnotę.

Obok tej solidarności pojawia się również gniew na państwo. Trudno się temu dziwić. Wiele akcji charytatywnych, szczególnie tych medycznych, stawia niewygodne pytania. Dlaczego człowiek w potrzebie musi prosić obcych ludzi o pieniądze na leczenie? Dlaczego rodzice chorego dziecka mają prowadzić kampanię promocyjną, zamiast skupić się na opiece? Dlaczego dramat człowieka musi trafiać do mediów i zostać opisany tak przejmująco, by poruszył algorytmy, media społecznościowe czy cudze sumienia? Tu zaczyna się rozmowa nie tylko o empatii, ale także o sprawnym i efektywnym państwie i samorządzie.

System ochrony zdrowia w Polsce od dawna wymaga głębokiej reformy. Powinien być lepiej zorganizowany, sprawniej zarządzany, mocniej zdigitalizowany i bardziej nastawiony na realną efektywność. Wiemy to od 1990 roku, czyli od systemowej rewolucji. Nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Chodzi także o to, by każda złotówka w systemie zdrowia była wydawana racjonalnie i mądrze.Publiczne pieniądze nie są niczyje. Są nasze. Dlatego każdy projekt medyczny powinien być oceniany nie przez pryzmat politycznej konferencji prasowej, lecz przez pytanie o jego efektywność.

Efektywność w ochronie zdrowia nie jest zimnym słowem. Jest pojęciem głęboko humanistycznym. Jeśli system działa efektywnie, pacjent szybciej trafia do lekarza, diagnoza pojawia się wcześniej, lekarz ma dostęp do danych, pacjent nie nosi teczki badań od gabinetu do gabinetu, a szpital nie marnuje czasu na chaos administracyjny. Cyfryzacja, dobra organizacja, przejrzyste procedury i odpowiedzialność za wydawane środki nie są technokratycznym kaprysem, tylko warunkiem godności pacjenta.

Krytyka systemu zdrowia nie powinna być traktowana jako narzekanie. Jeżeli coś nie działa, trzeba o tym mówić. Jeżeli pieniądze są źle wydawane, trzeba pytać, dlaczego. To rola mediów. Jeżeli procedury są absurdalne, trzeba je upraszczać. Jeżeli kolejki są zbyt długie, trzeba szukać przyczyn, a nie tylko przyzwyczajać ludzi do cierpliwości. Państwo nie może liczyć na to, że każdą lukę w systemie zasypie dobroczynność.

Zbiórki charytatywne zawsze były, są i będą. I dobrze, że istnieją. To wyraz ludzkiej dobroci, solidarności i wrażliwości. Jednak nigdy nie zastąpią mądrze zorganizowanego systemu opieki zdrowotnej. Charytatywność może pomóc konkretnemu człowiekowi w konkretnym momencie. System powinien pomagać wszystkim, przewidywalnie, sprawiedliwie i bez konieczności publicznego opowiadania własnego dramatu.

Pomoc charytatywna jest elementem humanizmu. Pokazuje, że ludzie potrafią jednoczyć się ponad podziałami, gdy widzą konkretny cel i konkretną potrzebę. W takich chwilach mniej ważne stają się poglądy, sympatie polityczne, status społeczny czy miejsce zamieszkania. Liczy się człowiek, życie i walka.

Waleczność jest jedną z kluczowych wartości polskości. Widać ją nie tylko na wielkich kartach historii, ale także w codziennych zmaganiach rodzin, pacjentów, lekarzy, pielęgniarek, ratowników, wolontariuszy i darczyńców. Polska waleczność to nie tylko sztandar i pomnik. To również matka organizująca zbiórkę na leczenie dziecka. To sąsiad, który wpłaca pięćdziesiąt złotych, choć sam nie ma za dużo. To lekarz, który zostaje po godzinach. To fundacja, która przebija się przez biurokrację i tysiące ludzi, którzy mówią: nie znam cię, ale pomogę.

Waleczność obywateli nie może być alibi dla profesjonalnego systemu opieki zdrowotnej.Empatia społeczna nie może zwalniać władzy z odpowiedzialności. Od pomagania w wyjątkowych sytuacjach jest serce ludzi. Od organizowania sprawnego systemu jest państwo. Od wyboru tych, którzy państwem zarządzają, jest kartka wyborcza. Tu zaczyna się odpowiedzialność każdego z nas.

Transparentność zbiórek publicznych

Przykład Cancer Fighters udowadnia prawdziwą siłę crowfundingu, jeżeli włączy się do niego konkretną skalowalność. Transparentność w pomaganiu nie jest dodatkiem. Jest jego fundamentem wiarygodności.Można mieć najszlachetniejszy cel, najbardziej poruszającą historię i największą społeczną energię, ale bez zaufania cała konstrukcja zaczyna się chwiać. W pomaganiu chodzi nie tylko o emocje, ale też o odpowiedzialność. Scam w przypadku zbiórek charytatywnych oznacza jedno. Ludzie przestają ufać i reagować.

Często trzeba tłumaczyć, że wszystkie NGOs, fundacje, stowarzyszenia i organizacje pomocowe nie są magicznymi bytami unoszącymi się nad światem ekonomii. One w praktyce działają jak normalne firmy. Mają koszty, procesy, ludzi, procedury, komunikację, księgowość, logistykę, technologię, obsługę darczyńców, partnerów, prawników, systemy płatności i obowiązki sprawozdawcze. Muszą planować, organizować, kontrolować i rozliczać. Budować zasięg, markę, wiarygodność i reputację.

Różnica nie polega więc na tym, że organizacje charytatywne funkcjonują poza zasadami zarządzania, tylko na celu. W klasycznej firmie model biznesowy służy najczęściej generowaniu wartości dla właścicieli, udziałowców albo akcjonariuszy. W organizacji pomocowej środki mają być kierowane na realizację misji społecznej, czyli leczenie, rehabilitację, ratowanie życia, wsparcie osób w kryzysie, pomoc dzieciom, seniorom, zwierzętom, rodzinom czy lokalnym społecznościom. Tak działa crowdfunding produktowy, społeczny, kulturalny czy inwestycyjny i wiele zbiórek pomocowych. Nie ma tu wielkiej tajemnicy. Jest projekt, cel, komunikacja, zaufanie i społeczność, która decyduje, czy chce wesprzeć dane działanie.

Dlatego akcja charytatywna musi mieć swoją skalowalność, czyli zdolność docierania do coraz większej liczby ludzi. Musi mieć rozpoznawalność, bo w świecie nadmiaru informacji nikt nie wspiera tego, czego nie zauważy. Musi mieć markę, bo marka nie jest pustym logo, ale obietnicą określonego standardu działania. Musi przede wszystkim mieć wiarygodność, bo darczyńca powierza komuś swoje pieniądze, emocje i nadzieję. Musi mieć zaufanie społeczne, bo bez niego nawet najlepszy apel zamienia się w kolejną wiadomość przewiniętą kciukiem na smartfonie. Przede wszystkim musi mieć transparentne procesy biznesowe.

To słowo może brzmieć chłodno, zwłaszcza gdy mówimy o chorobie, dramacie, cierpieniu i ludzkiej solidarności. Tymczasem właśnie tu jest ono szczególnie ważne. Transparentność oznacza, że wiadomo, kto organizuje zbiórkę, na jaki cel zbierane są środki, jakie są koszty obsługi. Wiadomo, ile pieniędzy trafiło do beneficjenta i co się stanie, jeśli cel zostanie osiągnięty, przekroczony albo nieosiągnięty. Wiemy też, kto podejmuje decyzje i na jakich zasadach. Zebranie pieniędzy to jedno, a ich rzetelne, uczciwe i czytelne rozliczenie to drugie.

Wielu ludzi koncentruje się na pierwszym etapie. Jak poruszyć serca, jak dotrzeć do mediów, jak zbudować zasięg, jak zdobyć wpłaty? Bez pieniędzy nie będzie pomocy. Prawdziwa dojrzałość organizatora zaczyna się gdy flesze zgasną. Wtedy trzeba pokazać, co się stało ze środkami, rozliczyć faktury, decyzje, wydatki i efekty. Trzeba odpowiedzieć na pytania, nawet te trudne, i mieć świadomość, że darczyńca ma prawo wiedzieć. Nie dlatego, że jest podejrzliwy, tylko dlatego, że jest współuczestnikiem pomocy.

Darczyńca nie jest bankomatem od wzruszeń. Nie jest anonimowym źródłem finansowania, które ma kliknąć, zapłacić i zapomnieć. Jeśli przekazuje środki, daje organizatorowi kredyt zaufania. Wiarygodność organizatora jest równie ważna jak sam cel. Profesjonalizacja pomagania nie odbiera mu człowieczeństwa. Wręcz przeciwnie. Dobrze zarządzana fundacja nie jest mniej empatyczna dlatego, że ma procedury. Organizacja, która prowadzi księgowość, audyty i raporty, nie staje się mniej wrażliwa. Przejrzystość nie zabija spontaniczności pomocy tylko ją chroni. Dzięki niej ludzie chętniej pomagają, bo wiedzą, że ich gest nie zniknie we mgle niejasnych decyzji. Pomaganie potrzebuje serca, ale potrzebuje też systemu.

Serce uruchamia pierwszy impuls. System sprawia, że ten impuls zamienia się w realny efekt, każe wpłacić pieniądze. Pokazuje, jak te pieniądze zostały wykorzystane. Serce buduje wspólnotę emocji. System buduje trwałe zaufanie. Jedno bez drugiego jest niepełne.

Dlatego warto wejść na stronę Cancer Fighters, szczególnie tym, którzy od samego początku rozpoznawalności tej akcji artykułowali swoje najróżniejsze zastrzeżenia.

Poniżej grafika wskazująca, jakie standardy obowiązują na świecie w zakresie relacji

wpływów i kosztów z działań charytatywnych realizowanych w zorganizowany sposób.

Treść artykułu

Polak potrafi. Także zazdrościć

Polak potrafi być wspaniały. Potrafi się zmobilizować, pomóc obcemu człowiekowi, wpłacić pieniądze, udostępnić zbiórkę, zorganizować akcję, wejść w społeczne poruszenie i przez kilka dni pokazać najlepszą twarz wspólnoty. Akcja Łatwogang jest jednym z takich przykładów. Pokazuje, że gdy pojawia się prawdziwy cel, energia ludzi może zamienić się w realną pomoc.

Polak potrafi być też marny.

Każdy sukces przyciąga nie tylko ludzi dobrej woli, ale również tych, którzy natychmiast muszą wszystko podważyć, skomentować, ośmieszyć, podejrzewać i rozebrać na części pierwsze. Pojawiają się hejterzy, trolle i domorośli eksperci od wszystkiego. Wiedzą lepiej, widzą więcej, rozumieją głębiej, a gdyby mogli, zbudowaliby wokół każdej udanej akcji całą teorię spiskową. Najlepiej kilka naraz, żeby starczyło na dłużej.

Nie znoszę takiej polskiej zawiści. Tej małej, kwaśnej, podyktowanej często kompleksami potrzeby, by umniejszyć komuś, kto coś zrobił. Kto się odważył. Kto ruszył ludzi. Kto osiągnął efekt. Zamiast powiedzieć „dobra robota”, pyta „a ile z tego ma?”. Kontrola jest potrzebna i transparentność. Czym innym jest uczciwa ciekawość, a czym innym chorobliwa podejrzliwość karmiona niechęcią do cudzego sukcesu.

Nie chcę tego rozwijać, bo szkoda dnia na karmienie trolli. Lepiej robić swoje. Tak jak śpiewał Wojciech Młynarski: róbmy swoje, póki jeszcze ciut się chce.

Pomagajmy, organizujmy, wspierajmy, budujmy, uruchamiajmy dobre emocje i zostawiajmy po sobie konkretny efekt. Wszystkim hejterom można odpowiedzieć tradycyjnie „haters gonna hate” oraz wysłać stosowną maść. Ci, którzy siedzą w social mediach dłużej niż 20 lat, doskonale wiedzą, o co chodzi. Ci, co są krócej, niech pytają tych starszych.

Hejterom dedykuję poniższy rysunek.

Treść artykułu

1 komentarz do “WIELKA DRAKA ANIOŁÓW W KAWALERCE | CANCER FIGHTERS | Jacek Kotarbiński | Blog o marketingu”

  1. Jak zwykle świetny tekst! Dzięki za niego. Trochę przydługi niemniej rozbiera temat na czynniki pierwsze. Świetna robota! Dziękuje że nie rozwodziłeś się nad małostkowością maluczkich.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry