Świat nauki, oglądany z perspektywy przeciętnego człowieka, bywa jak gmach z matowego szkła. Widać zarys, czasem nawet ruch w środku, ale wejście nie jest oczywiste. Z zewnątrz dochodzi szmer trudnych słów, wykresów i procedur, a po korytarzach krążą ludzie z tytułami, które dla wielu brzmią jak szyfry. Ta hermetyczność sprawia, że nauka pojawia się w życiu większości osób rzadko i punktowo. Najczęściej na studiach oraz w medycynie, kiedy sytuacja staje się poważna, pilna i wymaga pomocy wysokiej jakości, bo idzie o ratowanie życia.
Wtedy na scenę wchodzi słowo-klucz „Profesor”. Najlepiej taki z tytułami, najlepiej „belwederski” , symboliczny, monumentalny, budzący respekt. Żaden tam znachor, tylko musi być Profesor Rafał Wilczur. W tym obrazie Profesor działa jak gwarancja. Skoro jest tytuł, to musi być racja, najlepsza wiedza i największe doświadczenie. Ten skrót myślowy jest zrozumiały, bo w każdym kryzysie człowiek szuka najlepszego autorytetu, a autorytet utożsamia z rangą. Tyle że na co dzień naukowcy są większości ludzi… niepotrzebni. Nie dlatego, że nauka nie ma znaczenia, tylko dlatego, że jej owoce są wbudowane w codzienność tak głęboko, iż przestajemy je widzieć. Prąd w gniazdku, antybiotyk, nawigacja, internet, most na rzece, loty samolotem. Przecież to wszystko działa, więc po co nam badacze? Nauka bywa jak kanalizacja. Jest absolutnie kluczowa, ale całkowicie niewidzialna, dopóki się nie zatka.
Studia są osobnym, specyficznym momentem spotkania z nauką. Często pierwszym i ostatnim. Studenci mają problemy z odróżnianiem jakim elementem hierarchii naukowej są doktorzy, doktorzy habilitowanie, profesorowie uczelniani czy „belwederscy”. Dla nich najczęściej to tylko wykładowcy, swoiści „urzędnicy uczelniani”, których rola polega jedynie na wykładaniu, egzaminowaniu i prowadzeniu ćwiczeń. Dla nich to kolejny nauczyciel, z którym mają do czynienia po podstawówce i szkole średniej.
Z jednej strony studia to weryfikacja wiedzy i umiejętności, trening myślenia, dowód, że ktoś potrafi zrozumieć, opisać i obronić problem. Dla innych bywają projektem czysto logistycznym i wyzwaniem polegającym na zdobyciu dyplomu by mieć lepszą pracę. W tym świecie promotor pracy dyplomowej jest osobą konieczną, bo bez niego nie dyplomu, a bez niego nie ma pracy. I tu zaczyna się przesunięcie, które łatwo przeoczyć. Jeśli dyplom staje się celem samym w sobie, sam język nauki na wykładach, brzmiący kompletnie inaczej niż w liceum, zamiast narzędzia poznania, zmienia się w hermetyczną dekorację. Wystarczy, że brzmi mądrze, że ma bibliografię, że zawiera słowo „badania”.
Granica, o której często się zapomina, jest prosta. Nauka zaczyna się naprawdę wtedy, gdy ktoś bierze na siebie odpowiedzialność naukowca. Ta granica ma konkretny i uroczysty kształt. Obrona doktoratu oraz przysięga doktorska. Jak przysięga małżeńska, prezydencka, wojskowa czy policyjna, odwołuje się do wartości i podkreśla wagę roli. Nie jest tylko rytuałem. Jest komunikatem. Od tej chwili twoje słowa i twoje działania przestają być prywatnym zdaniem, które można rzucić w eter i zapomnieć. Stajesz się częścią środowiska, które ma standardy, metody, krytykę, a także pamięć. Naukowiec jest oceniany i powinien być oceniany, przez innych równie kompetentnych ludzi. To nie jest kara, tylko mechanizm bezpieczeństwa całego środowiska.
Właśnie dlatego tak ważnie brzmi zdanie Rady Upowszechniania Nauki PAN w głośnym przypadku wywiadu prof. Cichosz u Bogusława Rymanowskiego. Autorytet naukowy jest dobrem publicznym. Na papierze to może przypomina frazę z podręcznika etyki, ale w praktyce dotyczy rzeczy bardzo przyziemnej. Zaufania. Autorytet akademicki nie jest prywatną biżuterią do noszenia na klapie marynarki. Jest wspólną walutą społeczną, a waluta działa tylko wtedy, gdy ludzie wierzą, że nie jest fałszowana. Jeśli ktoś posługuje się statusem akademickim, by prezentować treści sprzeczne z obowiązującym stanem wiedzy, to nie jest „kontrowersyjny”. Uderza w system zaufania, na którym opiera się rozumienie świata przez tych, którzy nie mają czasu, wiedzy ani narzędzi, by weryfikować wszystko samodzielnie.
W codzienności widać, jak łatwo udawać naukę. Ktoś pisze do mnie: „zrobiłam badania, czy może pan je skomentować”. Pytam: „Kto je recenzował? Jaki zespół naukowców nad nimi pracował?”. Dostaję odpowiedź. „Och, żaden, to są badania do pracy magisterskiej”. Przypomnę dla porządku. Żadna praca magisterska ani licencjacka nie jest materiałem naukowym, choćby była najlepszą na świecie. Pierwszą pracą jest doktorat, czyli podstawowa przepustka do świata nauki. Praca dyplomowa może być wartościowa, ale nie jest automatycznie badaniem naukowym w sensie rygoru, procedury, replikowalności i krytycznej kontroli jakości. Nie dlatego, że student jest gorszy. Tylko dlatego, że nauka ma swoją kuchnię. Metody, recenzje, spory, testowanie, odrzucanie hipotez, poprawianie błędów, powtarzanie pomiarów. Bez tego zostaje opowieść w kostiumie.
Podobnie działa na wyobraźnię słowo „instytut”. Brzmi poważnie i prestiżowo, więc każdy może się nim nazwać, nawet jeśli w środku nie ma nikogo z tytułem naukowym. To branding, nie gwarancja. Kolejnym zaklęciem są „badania” w marketingu. Agencja wpisuje je do oferty, bo to wygodny wytrych. Ma sprawić, że klient uzna profesjonalizm, że prezentacja będzie cytowana, że liczby zrobią wrażenie. Tymczasem często nie stoi za tym ani warsztat, ani procedura naukowa. Pod hasłem „zrobiono badania” sprzedaje się narrację, nie wiedzę. I nie chodzi o to, by marketingowi zabrać liczby. Chodzi o uczciwe nazwanie rzeczy. Kwestionariusz ankiety nie jest jeszcze nauką, a wykres nie jest jeszcze prawdą.
Oczywiście nauka ma swoje grzechy. Nie ma sensu udawać, że ich nie ma. Zdarzają się błędy, nadużycia, mody, słabości systemu publikacji, presja punktów, czasem pycha. Właśnie dlatego środowisko naukowe ma kompetencje, by rozliczać naukę. Zna standardy, rozumie metodę, potrafi odróżnić błąd od manipulacji, przypadek od prawidłowości. To nie jest klub zamknięty dla sportu. To wewnętrzny mechanizm kontroli jakości, bez którego nauka staje się tylko kolejną opinią w tłumie opinii.
Bardzo modnym zagadnieniem od lat jest cudowne słówko klucz, czyli „dieta”. Przypomnę, że dieta oznacza styl jedzenia, a nie picie wody źródlanej do soczystej trawy. Na haśle „dieta” tworzy się całe społeczności i zarabia bardzo duże pieniądze. Książki, konferencje, spotkania, własne produkty. To wszystko napędza wiara, że dzięki diecie X będziemy piękni, zdrowi i zapewnimy sobie dobrostan do końca życia. Jedną z najgłośniejszych historii była tzw. dieta Dukana.
Dieta Dukana była nierozerwalnie związana z jej twórcą, francuskim lekarzem Pierre’em Dukanem i z drogą, jaką przeszedł od praktyki lekarskiej do globalnej popularności. Metodę spopularyzowała przede wszystkim książka „Je ne sais pas maigrir” w której Dukan opisał swój model odchudzania oparty na dużym udziale białka i restrykcyjnym podejściu do węglowodanów. Wraz z masowym sukcesem pojawiły się też konsekwencje zawodowe i reputacyjne. W lipcu 2013 francuska izba lekarska ukarała go zakazem wykonywania zawodu za przepisywanie pacjentce leku Mediator poza wskazaniami, w celu odchudzania. Kolejny głośny wątek to skreślenie z „Ordre des médecins”. Media informowały, że w 2012 Dukan sam wystąpił o wykreślenie po przejściu na emeryturę, jednak postępowania dyscyplinarne trwały, a w styczniu 2014 ją ogłoszono decyzją organów dyscyplinarnych. Pojawiał się zarzut, że traktował praktykę medyczną jak działalność handlową, przy czym podkreślano, że decyzja miała wymiar w dużej mierze symboliczny, skoro formalnie wcześniej sam się wypisał. Dukan w 2011 przegrał głośny proces o zniesławienie przeciwko dietetykowi Jean-Michelowi Cohenowi jak też sąd zasądził od Dukana 3 tys. euro za nadużycie procedury.
Tu dochodzimy do sedna. Trzeba odróżniać wiedzę i metody naukowe od ignorancji jak też zwracać uwagę na ewidentne nadużycia naukowców. Ignorancja przeciętnych ludzi nie jest wyłącznie niewinną luką w wiedzy. Bywa produktem, na którym można niestety świetnie zarabiać. Im więcej chaosu informacyjnego, tym większy popyt na proste odpowiedzi. to wykorzystanie swoistego populizmu w mundurze nauki czyli „wszyscy kłamią, tylko nasza metoda jest najlepsza”. Im mniej zaufania do metody, tym łatwiej sprzedać pewność. Pewność w czasach lęku, nawały informacyjnej, działa jak ciepły koc. Nieważne, czy coś jest prawdziwe, ważne, że daje komfort. Nasz jeden pacjent potwierdził, że to działa. Jeden? Super. Czy na tym polega evidence- based-medicine?
To może zacznijmy od skoków spadochronowych. Najgłośniejsze, dobrze udokumentowane przypadki „upadku bez spadochronu i przeżycia” to trzy różne historie. Vesna Vulović, stewardesa JAT, przeżyła katastrofę lotu JAT 367 (26 stycznia 1972). Guinness przypisuje jej rekord 10 160 m, ale ocalała z bardzo ciężkimi obrażeniami, a jej przeżycie wiązano m.in. z tym, że znajdowała się we fragmencie kadłuba. Z kolei Juliane Koepcke (katastrofa LANSA 508, 24 grudnia 1971) spadała, będąc przypięta do rzędu foteli po rozpadzie samolotu. Przeżyła z urazami i przetrwała 11 dni w amazońskiej dżungli, zanim trafiła na pomoc. Trzeci przypadek to Alan Eugene Magee, amerykański lotnik z II wojny światowej. W 1943 r. wypadł z B-17 z dużej wysokości, a impet upadku częściowo ograniczył szklany dach dworca w Saint-Nazaire. Przeżył, choć był ciężko ranny. Konkluzja? Po co rozwijać spadochrony, skoro trzem osobom się udało przeżyć bez?
W takim świecie autorytet akademicki staje się narzędziem marketingowym, politycznym, czasem rozrywkowym. Dlatego wspomniana Rada PAN mówi o konieczności reagowania na dezinformację. Nie po to, by uciszać, lecz by bronić wspólnego zasobu. Zaufania do nauki i metod naukowych. Inaczej wracamy do świata „Anielki”Bolesława Prusa, gdzie obrzęd ludowy nakazywał włożenie chorej Rozalii na desce do rozpalonego pieca chlebowego, aby ją uzdrowić.
Na marginesie pozostaje jeszcze jedna pułapka. Potoczne użycie tytułu „doktor”. Zwracamy się tak do lekarza, choć lekarz nie musi być naukowcem. To inny porządek. Tytuł zawodowy i zwyczaj językowy. W praktyce te porządki mieszają znaczenia. „Pan doktor” zaczyna brzmieć jak „pan naukowiec”, a przecież kompetencja kliniczna i kompetencja badawcza to dwie różne rzeczy, choć mogą spotykać się w jednej osobie. Ten skrót myślowy jest zrozumiały, ale bywa wykorzystywany. Wystarczy biały fartuch albo odpowiednia etykietka, by opinia zabrzmiała jak fakt.
Jeśli nauka ma być dobrem publicznym, nie może istnieć wyłącznie w gabinetach, salach wykładowych i recenzowanych czasopismach. Musi mieć też wersję dla ludzi. Wyjaśnialną, przejrzystą, odporną na fałszerstwa. Tu dotykamy marketingu nauki jako wartości. Jednocześnie nie może oddać swojej tożsamości w imię popularności. Gdy znika metoda, zostaje tylko teatr, a autorytet, zamiast prowadzić do prawdy staje się rekwizytem. Nauka może być bolesna i niewygodna, ale musi być prawdziwa. Ludzie, którzy wykorzystują ją instrumentalnie wyłącznie do zarabiania pieniędzy, najczęściej nie mają takich dylematów.
Hermetyczność świata nauki jest problemem. Rozwiąże go uczciwy podział ról i język, który nie udaje. Badania to badania, sondaż to sondaż, instytut to instytut, a opinia to opinia. Jak widać definicje i nazwy są ważne. Spróbuj sobie wyobrazić operację chirurgiczną, gdzie lekarze i asysta pielęgniarska kompletnie różnie definiuje specjalistyczne narzędzia chirurgiczne i posługuje się zróżnicowanym językiem medycznym.
Autorytet akademicki, jeśli ma być dobrem publicznym musi oznaczać odpowiedzialność. Za słowa, za metodę, za prawdę. Nie z żądzy zysku i nie dla próżnej chwały, tylko po to, by to, co wiemy, było, choć odrobinę pewniejsze niż to, co tylko nam się wydaje. Dlatego zawsze powinien reagować, gdy środowisko pozanaukowe próbuje wykorzystywać jego narzędzia do manipulacji czy wręcz oszukiwania, czy wprowadzania w błąd innych ludzi.