W Polsce są spory duże, małe i zupełnie absurdalne. Jedne dotyczą historii. Inne polityki. Jeszcze inne tego, czy sernik powinien nosić rodzynki jak order zasługi. Jest też konflikt szczególny. Taki, który nie przewraca stołu w Sejmie, nie zmienia granic i nie uruchamia dronów. Jednak potrafi podzielić rodzinę przy świątecznym stole szybciej niż temat pieniędzy i teściowej. Chodzi oczywiście o majonez. Kielecki czy Winiary.
Na pierwszy rzut oka to brzmi jak żart. Słoik z zawartością, która wygląda niewinnie, siedzi sobie w lodówce i czeka na swój wielki moment. Jajko. Kanapka. Sałatka jarzynowa. Godzina próby wybija zwykle w okolicach Wielkiej Soboty, gdy w polskim domu zaczyna się rytuał mieszania, doprawiania i nerwowego pytania, kto znów zjadł groszek i dlaczego wszyscy się patrzą na mnie. Wtedy wchodzi on. Majonez. Cały na biało, choć moralnie raczej w odcieniach wojny plemiennej. W Polsce majonez dawno przestał być dodatkiem. To nie jest produkt. To jest deklaracja światopoglądowa w słoiku.
Jedni mówią Kielecki. Tonem takim, jakby ogłaszali wierność tradycji, surowym zasadom i smakowi, który potrafi człowieka postawić do pionu jak zimny prysznic w listopadzie. Inni wybierają Winiary. Łagodniej, spokojniej, z miną ludzi, którzy wierzą, że życie i sałatka powinny jednak nieść trochę ukojenia. Niby mówimy o tym samym. Tylko niby. To są dwa światy. Dwie filozofie. Dwa obozy okopane po przeciwnych stronach miski z jarzynową.
Najpiękniejsze jest to, że nikt tego sporu oficjalnie nie rozpoczął. Nie było żadnego wielkiego wybuchu. Żadnego sygnału trąbki ani aktu kapitulacji. To rosło powoli jak pleśń na zapomnianym twarożku. Najpierw babcia kupowała ten jeden jedyny, bo taki był najlepszy. Potem matka przejęła pałeczkę i razem z przepisem na sałatkę przejęła też święte przekonanie, że ten drugi majonez nadaje się co najwyżej do smarowania zawiasów. Potem weszły nowe pokolenia, internet i komentarze, w których ludzie potrafią pisać o emulsji z żarliwością godną kronik wojennych.
Wynalazcą receptury Majonezu Kieleckiego był Zbigniew Zamojski, natomiast homogenizator do jego produkcji zaprojektował Rafał Ekielski. Produkcję rozpoczęto w 1959 roku, początkowo pod marką Stołowy. Był to pierwszy majonez wytwarzany w Polsce na skalę przemysłową. Od początku produkowano go bez konserwantów, zagęszczaczy, aromatów i barwników, a na podstawie jego składu i receptury opracowano Polską Normę określającą majonez.
Marka Winiary i zakład produkcyjny powstały znacznie wcześniej, bo w 1941 roku, jednak początkowo specjalizowały się w kostkach bulionowych, suszonych warzywach oraz przyprawach do zup, a nie w majonezie. Produkcję majonezu w Winiarach rozpoczęto dopiero w 1974 roku. Tę samą datę przywołują również opracowania historyczne dotyczące dziejów Winiar i Kalisza, wskazując, że to właśnie wtedy z linii produkcyjnej zszedł pierwszy Majonez Dekoracyjny Winiary.
W polskich domach wybór majonezu rzadko jest decyzją smakową. To jest dziedziczenie tronu. Tego się nie analizuje. Tego się nie testuje. To się wynosi z domu jak kształt uszu i podejście do rachunków. Jeśli ktoś od dziecka jadł sałatkę z Kieleckim, to informacja, że Winiary są lepsze, brzmi dla niego mniej więcej tak, jakby ktoś powiedział, że choinka jest przereklamowana, a barszcz można zastąpić colą.
I odwrotnie.
Dlatego ten spór jest tak trwały. Nie chodzi o smak. Chodzi o wspomnienie. O dzieciństwo, stół przykryty ceratą, święconkę i jajka, które matka kroiła z miną chirurga. O zapach świąt i tę polską pewność, że skoro zawsze było tak, to inaczej być nie może. Majonez staje się wtedy nie dodatkiem do potrawy, tylko pomnikiem rodzinnej ciągłości.
Potem dochodzi jeszcze geografia. Polska niby jedna, ale jak człowiek się przyjrzy, to okazuje się, że składa się z małych księstw smaku, lokalnych odruchów i osiedlowych lojalności. W jednych rejonach Kielecki jest naturalny jak narzekanie na pogodę, szczególnie jak wieje. W innych Winiary stoją na półce z godnością mebla dziedziczonego po pradziadkach. Zwykły zakup przestaje być zakupem. Zaczyna przypominać akt przynależności do kulinarnego herbu.
Prawdziwy rozkwit tej wojny przyniósł internet. Internet uwielbia spory, które są jednocześnie śmiertelnie poważne i kompletnie niegroźne. Tam można z pełną powagą pisać, że ktoś, kto je Winiary, powinien zastanowić się nad swoim życiem. Inni piszą, że Kielecki smakuje jak złośliwość zamknięta w słoiku. Wszyscy wiedzą, że to trochę żart, a trochę nie, czyli dokładnie tak, jak Polacy lubią najbardziej.
Sieć zrobiła z majonezu widowisko. Memy, komentarze, ankiety, wojny w sekcjach pod postami. Nagle okazało się, że człowiek może nie wiedzieć, jak działa system podatkowy, ale wie jedno. Po której stronie majonezowej barykady stoi. To już nie jest majonez. To jest totem. Symbol przynależności. Mały słoik, a ego rośnie wokół niego jak ciasto na drożdżach.
Mówi to o nas całkiem sporo. My mamy w sobie osobliwy talent do nadawania rzeczom codziennym rangi wydarzeń metafizycznych. Z drobiazgu robimy manifest, a z nawyku robimy ideologię. Z różnicy smaku zrobimy egzamin z charakteru. Naród, który często nie może się porozumieć w sprawach naprawdę ciężkiego kalibru, przy misce sałatki nagle dostaje skrzydeł polemicznych.
Najbardziej rozczulające jest jednak to, że ten konflikt trwa właśnie dlatego, że jest bezpieczny. Można się posprzeczać, przewrócić oczami, rzucić spojrzenie pełne pogardy nad talerzem jajek, a potem spokojnie sięgnąć po paschę. Nikt tu nie wychodzi na ulicę. Nikt nie pisze ustaw. To wojna oswojona, domowa, w kapciach i z łyżką w ręku.
Może właśnie dlatego jest tak trwała. Nic jej nie grozi. Żadna polityka, ani ekonomia, ani rozsądek. Marketing tylko dolewa oliwy do ognia, internet dmucha w żar, a rodziny przekazują ten spór z pokolenia na pokolenie jak srebra rodowe i przepisy na makowiec.
Prawda jest więc mało widowiskowa, ale bardzo polska. Spór o Kielecki i Winiary nie wybuchł jednego dnia. Nie narodził się z jednej reklamy ani jednej kłótni. Urósł z realnych różnic smaku, rodzinnych przyzwyczajeń, lokalnych lojalności i naszej zbiorowej potrzeby, żeby nawet w lodówce znaleźć małe pole bitwy.
Chyba właśnie w tym jest cały urok tej historii. W kraju, gdzie wszystko potrafi urosnąć do rozmiaru epopei, nawet majonez musiał przestać być tylko majonezem. Musiał stać się stanowiskiem. Wyznaniem. Deklaracją.
Stoimy więc nad miską sałatki, patrzymy sobie w oczy i pytamy tonem, jakby od odpowiedzi zależał los republiki. Kielecki czy Winiary? Przecież od tego zależy najwyżej smak jajka.
Może właśnie dlatego wszyscy traktują to tak, jakby chodziło o przyszłość ojczyzny. Jeden broni swojego słoika jak rodzinnej tradycji, drugi patrzy na niego jak na człowieka, który dobrowolnie położył rodzynki do sernika. I dobrze. Niech tak będzie.
Z punktu widzenia marketingowego uwielbiam takie spory. Naprawdę. To są konflikty, które nikomu nie robią krzywdy, a marce dają coś bezcennego, czyli uwagę, emocje i miejsce przy stole, także tym internetowym. To jest piękne, kiedy produkt przestaje być tylko produktem, a staje się pretekstem do żartów, docinków i lekkiego przekomarzania. Marki wchodzą do popkultury. To marzenie każdego brand managera.
Pod jednym warunkiem. Niech to zostanie zabawą.
Przekomarzajmy się, śmiejmy, droczmy, ale nie zamieniajmy dyskusji przy świątecznych stołach ani w internecie w agresywny kij bejsbolowy. To ma być lekka słowna szermierka, a nie bitwa o honor rodu. Kiedy jest w tym humor, wszyscy wygrywają. Ludzie mają frajdę, marka żyje, a stół dalej stoi. Gorzej, kiedy z żartu robi się hejt, bo wtedy nawet najlepszy majonez nie uratuje atmosfery.
Wesołych Świąt Wielkanocnych wszystkim.