W sieci wrze. W sensie dosłownym, bo jak wejdziesz w komentarze, to czujesz parę jak z garnka po rosole, tylko zamiast marchewki pływa tam ambicja, frustracja i reklama suplementu na wątrobę.
I nagle człowiek zadaje sobie pytanie. Czy to są jeszcze media, czy już targ patomedialny, gdzie każdy krzyczy, bo liczy na lepszy algorytm zasięgu?
Stara zasada mediów była prosta. Nie robić z głupoty pomnika. Nie czynić głupców sławnymi. Nie nadawać im nazwiska, nie stawiać im reflektora, nie pytać ich o opinię, bo opinia głupoty działa jak perfumy w windzie. Zostaje długo i wszyscy cierpią, nawet ci, którzy udają, że im się podoba. To wiedzieli jeszcze ludzie w cylindrach, przed wojną, kiedy informacje miały smak papieru, a nie waty cukrowej.
A dziś? Dziś mamy rynek medialny, który zachowuje się jak sklep całodobowy o trzeciej w nocy. Wszystko świeci, wszystko kusi, a w środku klient w kapciach bierze to, co najgłośniej szeleszczy. Wiadomo, każdy zna bajkę o misce ryżu. Jednym brakuje na chleb, innym na najnowszy jacht. Oglądalność, klikalność, kasa. Święta trójca nowych czasów, w której wino zamieniono na napój energetyczny, a hostię na przycisk „daj suba, zostaw komentarz, udostępnij”.
Klasyczne media walczą o oglądalność. To normalne, żyją z reklam, a reklama jest dla nich jak tlen. Dziennikarz niby jej nie widzi, omija szerokim łukiem dział reklamy, ale jak zabraknie na wypłaty, to nagle wszyscy robią się bardzo szczerzy i zaczynają mówić o misji. W sieci walczą też o klikalność. I tu pojawia się clickbait, ten stary kuglarz w kolorowej marynarce.
„Kowalska nago! Tylko u nas! [ZDJĘCIA]”
„Znany aktor w rozpaczy! Kliknij i zobacz! Kto łamie mu serce!”
Znamy to. Każdy zna. To jak dżingiel z reklamy proszku do prania. Nawet jak nie chcesz, to i tak nucisz. Da się to jeszcze jakoś zrozumieć, bo człowiek ma słabość do cudzych potknięć, jak do oglądania, jak ktoś niesie tort i idzie po śliskich schodach. Niby współczujesz, ale oczy już czekają na końcówkę.
Tylko że potem wchodzą patomedia. U nich zasada jest prosta. Im więcej szamba, tym większa szansa, że ktoś się poślizgnie, a poślizg ma zasięgi. Patomedia to takie tabloidy na dopalaczu, które nie pytają, czy to jeszcze wypada, tylko czy to już się klika. Najlepiej wsadzić półnagą morderczynię na konia, zrobić jej sesję zdjęciową na okładkę i dorzucić tytuł o dramacie, którego nikt nie rozumie, ale każdy chce zobaczyć. W końcu koń zawsze dobrze wygląda. Nawet w katastrofie.
Internet? W sieci mamy patoinfluencerów, patomedia i patofounderów.Trójkąt bermudzki, w którym ginie zdrowy rozsądek, a wypływa tylko numer konta do wpłat.
Teraz zaczyna się najciekawsze, bo patomedia oparte o platformy społecznościowe to nie jest już tylko rozrywka. To jest narzędzie.
Wojna kognitywna brzmi jak coś z podręcznika dla generałów, ale w praktyce wygląda jak zwykły wieczór ze smartfonem. Nie walczy się o domy, tylko o głowy. O to, co uznasz za prawdę, komu uwierzysz, kogo znienawidzisz, zanim zdążysz umyć zęby i położyć dziecko do łóżeczka. Żadne drony tu nie pomogą, bo dron nie wleci ci do myśli. A tu chodzi o myśli, o oszołomienie, o stereotyp, o wygodny lęk, o fałszywą narrację, która wchodzi jak piosenka z radia, niby przypadkiem, a potem łapiesz się na tym, że ją powtarzasz. Później idziesz w tym oszołomstwie na wybory i wrzucasz kartkę do urny … . I stwierdzasz, że wypełniono obywatelski obowiązek.
Polska ma w tym procesie swój odcinek specjalny. U nas, dla oglądalności, klikalności i oczywiście dla kasy, zaprasza się czasem ludzi, którzy pachną ruskim mirem jak płaszcz po wizycie w piwnicy pełnej nafty. Sprzedaje się na dodatek narrację, że to w imię wolności słowa. Wolności … słowa … rozumiesz.
Kiedy w końcówce lat osiemdziesiątych przesłuchiwała mnie esbecja, siedziałem przez nimi w swetrze z wyhaftowaną gdańską kotwicą. Za moją hardą odzywkę do owego funkcjonariusza, powinienem dostać klasycznie w pysk. Za wolność słowa. Nie dostałem bo miałem 16 lat, a obok siedział mój Śp. Ojciec. Kiedy dziś słyszę jak młodzież wrzeszy, że mogą wszędzie i wobec „i ku … i chu …” bo „wolność słowa”, to nieustannie przypomina mi się ta historia. Wolność słowa nie oznacza, że wszystkim wolno wszystko i wszędzie. Wolność słowa nie jest biletem „all inclusive”, tylko prawem działającym wśród innych praw i w konkretnych miejscach, relacjach oraz procedurach. To, że możesz mówić, nie znaczy automatycznie, że masz prawo mówić cokolwiek, komukolwiek i gdziekolwiek, bez konsekwencji.
Wolność słowa to nie karta stałego klienta. Zbierasz punkty za każdą kontrowersję, a jak uzbierasz dziesięć, dostajesz gratis występ w prime time.
Może naiwni nadal w to wierzą. Ja nie.
To jest ten moment, w którym widzisz, że ktoś nie myli wolności z odpowiedzialnością, tylko robi z odpowiedzialności żart.To nie jest żart inteligentny. To jest żart typu, patrz, wrzucimy petardę do pokoju, a potem powiemy, że to dla dialogu. To żart jak w tanim standupie, gdzie na jedno zdanie przypada piętnaście przekleństw. Lud się nie śmieje. Lud rechoce.
Najbardziej niepokojące jest to, że patomedia są świetną bronią. Nie dlatego, że są mądre, tylko dlatego, że są szybkie. Mądre rzeczy idą pieszo. Głupie rzeczy jeżdżą na rolkach. Kłamstwo okrąża świat dziesięciokrotnie szybciej niż prawda. Platformy kochają to, co szybkie, bo szybkie daje „czas spędzony”, a „czas spędzony” daje pieniądze. I tak, krok po kroku, algorytm staje się redaktorem naczelnym, tylko nie ma wąsów, nie ma sumienia, ma za to świetne dane do tego, co cię wkurza.
Pojawia się pytanie, kto to powstrzyma.
Regulaminy platform? Śmiechu warte.
To jest jak próba gaszenia pożaru instrukcją obsługi czajnika. Niby jest papier, niby są zasady, ale ogień i tak robi swoje. A nawet jeśli You Tube kogoś zakopie, to oni będą żyli dalej, jak patoinfluencerzy z wpłat, donacji i sponsorów, którzy są tak anonimowi, że pewnie nawet ich własne lustro nie wie, jak wyglądają.
Do tego dojdzie zaraz „narracja podziemna”. Polska Narodowa Armia Patoinfluencerów. – To tylko my jesteśmy niezależni. System nas prześladuje! My walczymy o prawdę, a wy jesteście przepranymi przez mainstream owcami!” .
Klasyka gatunku mechanizmu propagandy dla opornych. Taka legenda o partyzantach internetu, którzy ukrywają się w krzakach algorytmu i strzelają komentarzem w czoło każdego, kto ma wątpliwości lub inne zdanie.
W tym momencie przestaje być śmiesznie.
Dopóki to był cyrk, można było się odwrócić. Jednak jak cyrk zaczyna rozdawać mapy świata i mówić, gdzie jest wróg, a gdzie przyjaciel, to człowiek orientuje się, że siedzi nie na widowni, tylko na arenie. I nagle już nie oglądasz, tylko jesteś oglądany. Twoja uwaga jest mięsem, które ktoś mieli w maszynce na zasięgi.
Zaczyna być poważnie niebezpieczne.
Na wojnie kognitywnej nie przegrywasz wtedy, kiedy ktoś ci zabierze dom. Przegrywasz wtedy, kiedy ktoś ci zabierze zdolność odróżniania, co jest domem, a co dekoracją. Co jest prawdą, a co ściemą. Co jest wartością, a co dymem. Czym jest prawda? Widzisz klauny w cyrku, śmiejesz się, ale kompletnie nie rozumiesz metafor, jakie przekazują. Kiedy przestajesz wierzyć w sens, a zaczynasz wierzyć w krzyk.
Czy idą nowe media? Czy nie jest za późno?
Media są jak fast food. Nasycą cię na chwilę, zostawią z pragnieniem i poczuciem, że coś tu nie gra, ale i tak wrócisz, bo świeci, bo jest pod ręką, bo wszyscy tam są. Tylko że to nie jest obiad. To jest nawyk i ukształtowany w Twojej głowie stereotyp.
Za chwilę będziesz całował wschodnie onuce i za półdarmowy alkohol, tanią ropę i gaz sprzedasz własną Matkę, czyli Wolność.
Wojna kognitywna to najłatwiejszy sposób sterowania człowiekiem.Bez jednego drona. Bez jednego strzału. Wystarczy, że klikniesz, udostępnisz i skomentujesz jeszcze raz.
Wszystkiego dobrego w Nowym 2026 roku.
#media #takietam #kotarbinski